2. Coincidence
Przyzwyczajanie się do nowego miejsca oraz wszystkich zmian, które zaszły w moim życiu po wyjeździe z Baltimore pochłaniało mnie bez reszty. Całymi dniami przesiadywałam z nowymi znajomymi. Chodziłam z nimi do klubów, kina, kawiarni a nawet filharmonii. Ostatnio byłam z Libby na meczu koszykówki Nathana i kibicowałyśmy jego drużynie aż do utraty sił a raczej głosów. Zapoznałam się też z nową dziewczyną o imieniu Sarah. Miała bardzo jasną karnację oraz rude włosy, oczywiście nie brakowało jej także piegów i ślicznych zielonych oczu. Była średniego wzrostu i mimo swojej nietypowej urody nie wyróżniała się z tłumu. Była przeciwieństwem mnie i Libby. My uwielbiałyśmy błyszczeć i być w centrum uwagi! Sarah wolała jednak spokojne życie w cieniu mojej koleżanki. Nie udzielała się społecznie ani towarzysko, wychodziła tylko jak ją do tego zmusiliśmy. Zastanawiałam się dlaczego dziewczyna jest taka skryta, przecież nie miała się czego wstydzić. Ładna, inteligentna, w miarę szczupła ale bez wyrazu. Libby powiedziała, że kiedyś próbowała z rudej wykrzesać trochę więcej entuzjazmu ale plan spalił na panewce.
Ostrożnie przyglądałam się grupce moich znajomych stojąc z boku gdy podszedł do mnie Nathan. Byliśmy akurat w kawiarni niedaleko szkoły. Chłopak stanął obok mnie i uśmiechnął się szeroko jakby wyobrażał sobie coś śmiesznego.
- Ty się ze mnie śmiejesz, czy mi się wydaje?- spytałam znacząco.
- Skądże! Po prostu przyglądam się Twojej pięknej sukience.- odparł z jeszcze większym uśmiechem. Faktycznie miałam dzisiaj na sobie krótką kwiecistą sukienkę na szerokich ramiączkach. Była bladoróżowa, uwielbiałam ją nosić w ciepłe dni takie jak te. Założyłam do niej kremowe szpilki, złota biżuterię oraz wzięłam z domu różową kopertówkę.
- Nie przeginaj Nat.- uśmiechnęłam się.
- Ale ja mówię serio!- protestował chłopak- Wyglądasz jak taki słodki cukiereczek w tym różu-dodał rozbawiony.
- Uspokój się! Ja nie żartuję.- zagroziłam jednocześnie śmiejąc się z jego porównania.
- Słuchaj mam do Ciebie pewną prośbę- ton jego głosu zmienił się raptownie i teraz mówił bardzo poważnie- chodzi o to, że niedługo...
- Chodźcie! Kawa już jest! - zawołała z drugiego końca sali Libby przerywając jednocześnie naszą rozmowę.
- Dokończymy później- powiedział Nathan i poszedł pomóc przyjaciółce.
Posiedzieliśmy w kawiarni jeszcze godzinkę rozmawiając na rozmaite tematy. Oczywiście najmniej udzielała się Sarah więc postanowiłam zaangażować ją bardziej w naszą rozmowę.
- A ty Sarah co uważasz o końcu świata?- zapytałam ją niespodziewanie, chociaż temat był absurdalny liczyłam na jakieś ciekawe spostrzeżenia z jej strony.
- Ymmm noo, ja myślę, że jest to absurdalne. Niby w jaki sposób miałby nastąpić ten cały koniec świata skoro słońce wypali się dopiero za miliardy lat. Przecież nie wrócą dinozaury i nas nie zjedzą.- odpowiedział trochę zaskoczona moim pytaniem.
- Tak, Sarah ma rację- przyznała Libby- ten cały koniec świata to jedna wielka ściema. Nie ma, nie było i nie będzie.
- Nie bądź tego taka pewna- sprzeciwił się Nathan - co pewien czas zarejestrowano, że asteroidy różnej wielkości uderzają w kulę ziemską Pamiętacie jak wyginęły dinozaury? W ziemię uderzyła wielka kometa - podekscytowany swoimi teoriami, gestykulował pokazując ogromny kamień rękoma- to też ma się powtórzyć i właśnie w ten sposób nastąpi koniec świata!
- Nathan nie bądź naiwny! Wierzysz w te wszystkie zmyślone historyjki z telewizji? - zapytała Libby- przecież to niedorzeczne pod każdym względem! Niby od kiedy komety i inne kamyczki wybierają sobie kiedy w nas uderzyć? To nie zależy od nich. Bzdury opowiadasz Nat...
- Dobra spokojnie - powiedziałam- zaraz wszyscy pokłócicie się o sposób uśmiercenia całej ziemi!
- Sama zaczęłaś temat- wytknął mi Nathan.
- Nie zaczynałabym gdybym wiedziała, że aż tak będziecie się spierać- powiedziałam chichocząc.- Dobra zbierajmy się bo dochodzi 18.
W ten sposób zakończyliśmy naszą dyskusję na tematy nieracjonalne i rozeszliśmy się do domów. W połowie drogi przypomniało mi się, że Nathan chciał ze mną o czymś porozmawiać ale było już za późno na powrót. Postanowiłam pogadać z nim następnego dnia. Słońce chyliło się ku upadkowi jak to zawsze mawiała moja babcia wieczorami. Szłam ulicami miasta pisząc sms-y do mojej kuzynki z Dallas. Gadałyśmy codziennie ale widywałyśmy się bardzo rzadko, ponieważ z Baltimore miałam do niej około 1 400 mil czyli 20h jazdy co nie uśmiechało się nikomu. W sumie teraz mam 14h więc przy najbliższej okazji na pewno się do niej wybiorę. Opisywałam jej właśnie ruda koleżankę, którą zmuszałam dzisiaj do rozmowy, kiedy nagle na kogoś wpadłam i upuściłam telefon.
Przede mną stał wysoki, wysportowany mężczyzna w ciemnych spodniach i błękitnej koszulce. Był wyższy ode mnie o głowę więc przed oczami miałam jedynie jego klatkę piersiową. Spojrzałam do góry i ujrzałam jego twarz. Pierwsze co zwróciło moją uwagę to były jego oczy. Cudowne, nieziemskie błękitne oczy. W życiu nie widziałam takiego koloru! Były duże ale kształtne, szeroko otwarte i przypatrujące mi się z zaciekawieniem. W tym momencie ocknęłam się z transu oszołomienia.
- Bardzo pana przepraszam! Nie widziała gdzie idę bo pisałam na telefonie- w tym momencie mężczyzna podniósł mój środek komunikacji ze światem i mi go podał.
- Nic się nie stało. Ucierpiał jedynie twój telefon z tego co zdążyłem zauważyć.- miał rację, ekran był roztrzaskany, a obudowa porysowana.
- Och, kurcze!- powiedziałam patrząc zmartwiona na telefon który nawet nie chciał się włączyć.
- Myślę, że musisz poczekać. Na pewno się włączy ale użytkowanie będzie utrudnione przez powstałą pajęczynę.- powiedział uśmiechając się i odszedł.
Żebyście tylko mogli zobaczyć ten uśmiech! Niby taki zwyczajny miły ale widać było w nim lekkie uwodzenie. Facet był albo zawodowym podrywaczem albo bajecznym ciachem! Do głowy przyszła mi tylko jedna myśl: Przeprowadzka była świetną decyzją!
Gdy wróciłam do domu myślałam tylko i wyłącznie o tym niebieskookim przystojniaku. W sumie widziałam go tylko chwilę ale wewnętrznie coś mi mówiło że nie był to ostatni raz. Wróciłam dopiero do rzeczywistości gdy zadzwonił telefon stacjonarny. Od razu pobiegłam odebrać i jednocześnie przypomniałam sobie o moim roztrzaskanym cudeńku. Trzeba będzie pokazać to tacie, co raczej go nie ucieszy. Ratował mnie tylko fakt, że już od dawna chciałam zmienić telefon.
- Halo?- zapytałam podnosząc słuchawkę.
- Dzień dobry z tej strony Dakota Grant. Czy mogę rozmawiać z Kate?
- Niestety mamy nie ma ale przekażę, że pani dzwoniła.
- Dobrze, to ja zadzwonię później.- kobieta rozłączyła się bez pożegnania.
Napisałam mamie kartkę z imieniem i nazwiskiem owej pani. Nie specjalnie zainteresował mnie ten telefon więc poszłam do siebie do pokoju i włączyłam laptopa. Przebierając się w dresy i luźną koszulkę zdążyłam przyuważyć kilka nowych wiadomości od Libby. Chyba musiała mieć naprawdę poważną sprawę skoro tyle do mnie pisała. Usiadłam na krześle obrotowym i otworzyłam jedną z pierwszych wiadomości. Libby pisała coś o imprezie urodzinowej jakiejś dziewczyny, której nawet nie znałam i błagała mnie żebym tam z nią poszła. Była tak podekscytowana, że napisała ponad 10 wiadomości na ten temat. Zorientowałam się, że bardzo chce tam iść ponieważ będzie jakiś chłopak za którym szaleje od kilku ostatnich miesięcy. Nie miałam wyboru więc odpisałam jej że pójdę z wielką chęcią a potem dodałam, że muszę pogadać z Nathanem i czy mogłaby mi podać jego numer. Niestety Libby chyba już nie było i czekając przez następne dwie godziny nie otrzymałam żadnej odpowiedzi. Pooglądałam jeszcze trochę telewizję i poszłam spać.
Następnego dnia obudziłam się dosyć wcześnie więc mogłam więcej czasu poświecić na makijaż ubieranie i inne ważne rzeczy. Stojąc przez długi czas przed szafą wybrałam kremowe rurki, białą bluzkę z krótkim rękawkiem i małe koralowe kolczyki w kształcie kulek. Rozpuściłam swoje blond włosy długość 3/4 mojego tułowia. Zeszłam na śniadanie i wbrew moim oczekiwaniom nie zastałam w kuchni swojej mamy. Zjadłam samotnie płatki z mlekiem, chwyciłam torbę w identycznym kolorze jak kolczyki, założyłam bladoróżowe koturny i wyszłam z domu.
Do szkoły przeważnie chodziłam piechotą, bo nie miałam aż tak daleko. Słońce nie żałowało dzisiaj swojego blasku więc dzień był ciepły, a niebo bezchmurne co od razu polepszyło mój nastrój. Dotarłam do szkoły bardzo szybko. Na wejściu Libby złapała mnie za rękę i zaczęła prowadzić do swojego schowka na książki. Wszystkie szafki uczniów znajdywały się na pierwszym piętrze. Prezentowały się bardzo nowocześnie dlatego postanowiłam w najbliższym czasie odwiedzić panią Mirandę i przygarnąć jedną z nich.
- Chodź szybko Caroline! Szykuje się wspaniała impreza! Potem mi powiesz o co chodzi z Nathanem!- Libby wszystko wypowiadała w tempie karabinu maszynowego więc musiałam się naprawdę skupić żeby ją zrozumieć.Wyjęła kilka zeszytów i popędziła w odwrotną stronę znów mnie ciągnąc ze sobą.
Przyjaciółka prowadziła nas do szklanych drzwi, a następnie na taras szkolny. Nie wiedziałam o co konkretnie chodzi ale wszystko wyjaśniło się gdy spojrzałam w tym samym kierunku co Libby. Przed bramą wjazdową stał ogromny autokar i wtedy zobaczyłam to czego szukałam pierwszego dnia.
Ostrożnie przyglądałam się grupce moich znajomych stojąc z boku gdy podszedł do mnie Nathan. Byliśmy akurat w kawiarni niedaleko szkoły. Chłopak stanął obok mnie i uśmiechnął się szeroko jakby wyobrażał sobie coś śmiesznego.
- Ty się ze mnie śmiejesz, czy mi się wydaje?- spytałam znacząco.
- Skądże! Po prostu przyglądam się Twojej pięknej sukience.- odparł z jeszcze większym uśmiechem. Faktycznie miałam dzisiaj na sobie krótką kwiecistą sukienkę na szerokich ramiączkach. Była bladoróżowa, uwielbiałam ją nosić w ciepłe dni takie jak te. Założyłam do niej kremowe szpilki, złota biżuterię oraz wzięłam z domu różową kopertówkę.
- Nie przeginaj Nat.- uśmiechnęłam się.
- Ale ja mówię serio!- protestował chłopak- Wyglądasz jak taki słodki cukiereczek w tym różu-dodał rozbawiony.
- Uspokój się! Ja nie żartuję.- zagroziłam jednocześnie śmiejąc się z jego porównania.
- Słuchaj mam do Ciebie pewną prośbę- ton jego głosu zmienił się raptownie i teraz mówił bardzo poważnie- chodzi o to, że niedługo...
- Chodźcie! Kawa już jest! - zawołała z drugiego końca sali Libby przerywając jednocześnie naszą rozmowę.
- Dokończymy później- powiedział Nathan i poszedł pomóc przyjaciółce.
Posiedzieliśmy w kawiarni jeszcze godzinkę rozmawiając na rozmaite tematy. Oczywiście najmniej udzielała się Sarah więc postanowiłam zaangażować ją bardziej w naszą rozmowę.
- A ty Sarah co uważasz o końcu świata?- zapytałam ją niespodziewanie, chociaż temat był absurdalny liczyłam na jakieś ciekawe spostrzeżenia z jej strony.
- Ymmm noo, ja myślę, że jest to absurdalne. Niby w jaki sposób miałby nastąpić ten cały koniec świata skoro słońce wypali się dopiero za miliardy lat. Przecież nie wrócą dinozaury i nas nie zjedzą.- odpowiedział trochę zaskoczona moim pytaniem.
- Tak, Sarah ma rację- przyznała Libby- ten cały koniec świata to jedna wielka ściema. Nie ma, nie było i nie będzie.
- Nie bądź tego taka pewna- sprzeciwił się Nathan - co pewien czas zarejestrowano, że asteroidy różnej wielkości uderzają w kulę ziemską Pamiętacie jak wyginęły dinozaury? W ziemię uderzyła wielka kometa - podekscytowany swoimi teoriami, gestykulował pokazując ogromny kamień rękoma- to też ma się powtórzyć i właśnie w ten sposób nastąpi koniec świata!
- Nathan nie bądź naiwny! Wierzysz w te wszystkie zmyślone historyjki z telewizji? - zapytała Libby- przecież to niedorzeczne pod każdym względem! Niby od kiedy komety i inne kamyczki wybierają sobie kiedy w nas uderzyć? To nie zależy od nich. Bzdury opowiadasz Nat...
- Dobra spokojnie - powiedziałam- zaraz wszyscy pokłócicie się o sposób uśmiercenia całej ziemi!
- Sama zaczęłaś temat- wytknął mi Nathan.
- Nie zaczynałabym gdybym wiedziała, że aż tak będziecie się spierać- powiedziałam chichocząc.- Dobra zbierajmy się bo dochodzi 18.
W ten sposób zakończyliśmy naszą dyskusję na tematy nieracjonalne i rozeszliśmy się do domów. W połowie drogi przypomniało mi się, że Nathan chciał ze mną o czymś porozmawiać ale było już za późno na powrót. Postanowiłam pogadać z nim następnego dnia. Słońce chyliło się ku upadkowi jak to zawsze mawiała moja babcia wieczorami. Szłam ulicami miasta pisząc sms-y do mojej kuzynki z Dallas. Gadałyśmy codziennie ale widywałyśmy się bardzo rzadko, ponieważ z Baltimore miałam do niej około 1 400 mil czyli 20h jazdy co nie uśmiechało się nikomu. W sumie teraz mam 14h więc przy najbliższej okazji na pewno się do niej wybiorę. Opisywałam jej właśnie ruda koleżankę, którą zmuszałam dzisiaj do rozmowy, kiedy nagle na kogoś wpadłam i upuściłam telefon.
Przede mną stał wysoki, wysportowany mężczyzna w ciemnych spodniach i błękitnej koszulce. Był wyższy ode mnie o głowę więc przed oczami miałam jedynie jego klatkę piersiową. Spojrzałam do góry i ujrzałam jego twarz. Pierwsze co zwróciło moją uwagę to były jego oczy. Cudowne, nieziemskie błękitne oczy. W życiu nie widziałam takiego koloru! Były duże ale kształtne, szeroko otwarte i przypatrujące mi się z zaciekawieniem. W tym momencie ocknęłam się z transu oszołomienia.
- Bardzo pana przepraszam! Nie widziała gdzie idę bo pisałam na telefonie- w tym momencie mężczyzna podniósł mój środek komunikacji ze światem i mi go podał.
- Nic się nie stało. Ucierpiał jedynie twój telefon z tego co zdążyłem zauważyć.- miał rację, ekran był roztrzaskany, a obudowa porysowana.
- Och, kurcze!- powiedziałam patrząc zmartwiona na telefon który nawet nie chciał się włączyć.
- Myślę, że musisz poczekać. Na pewno się włączy ale użytkowanie będzie utrudnione przez powstałą pajęczynę.- powiedział uśmiechając się i odszedł.
Żebyście tylko mogli zobaczyć ten uśmiech! Niby taki zwyczajny miły ale widać było w nim lekkie uwodzenie. Facet był albo zawodowym podrywaczem albo bajecznym ciachem! Do głowy przyszła mi tylko jedna myśl: Przeprowadzka była świetną decyzją!
Gdy wróciłam do domu myślałam tylko i wyłącznie o tym niebieskookim przystojniaku. W sumie widziałam go tylko chwilę ale wewnętrznie coś mi mówiło że nie był to ostatni raz. Wróciłam dopiero do rzeczywistości gdy zadzwonił telefon stacjonarny. Od razu pobiegłam odebrać i jednocześnie przypomniałam sobie o moim roztrzaskanym cudeńku. Trzeba będzie pokazać to tacie, co raczej go nie ucieszy. Ratował mnie tylko fakt, że już od dawna chciałam zmienić telefon.
- Halo?- zapytałam podnosząc słuchawkę.
- Dzień dobry z tej strony Dakota Grant. Czy mogę rozmawiać z Kate?
- Niestety mamy nie ma ale przekażę, że pani dzwoniła.
- Dobrze, to ja zadzwonię później.- kobieta rozłączyła się bez pożegnania.
Napisałam mamie kartkę z imieniem i nazwiskiem owej pani. Nie specjalnie zainteresował mnie ten telefon więc poszłam do siebie do pokoju i włączyłam laptopa. Przebierając się w dresy i luźną koszulkę zdążyłam przyuważyć kilka nowych wiadomości od Libby. Chyba musiała mieć naprawdę poważną sprawę skoro tyle do mnie pisała. Usiadłam na krześle obrotowym i otworzyłam jedną z pierwszych wiadomości. Libby pisała coś o imprezie urodzinowej jakiejś dziewczyny, której nawet nie znałam i błagała mnie żebym tam z nią poszła. Była tak podekscytowana, że napisała ponad 10 wiadomości na ten temat. Zorientowałam się, że bardzo chce tam iść ponieważ będzie jakiś chłopak za którym szaleje od kilku ostatnich miesięcy. Nie miałam wyboru więc odpisałam jej że pójdę z wielką chęcią a potem dodałam, że muszę pogadać z Nathanem i czy mogłaby mi podać jego numer. Niestety Libby chyba już nie było i czekając przez następne dwie godziny nie otrzymałam żadnej odpowiedzi. Pooglądałam jeszcze trochę telewizję i poszłam spać.
Następnego dnia obudziłam się dosyć wcześnie więc mogłam więcej czasu poświecić na makijaż ubieranie i inne ważne rzeczy. Stojąc przez długi czas przed szafą wybrałam kremowe rurki, białą bluzkę z krótkim rękawkiem i małe koralowe kolczyki w kształcie kulek. Rozpuściłam swoje blond włosy długość 3/4 mojego tułowia. Zeszłam na śniadanie i wbrew moim oczekiwaniom nie zastałam w kuchni swojej mamy. Zjadłam samotnie płatki z mlekiem, chwyciłam torbę w identycznym kolorze jak kolczyki, założyłam bladoróżowe koturny i wyszłam z domu.
Do szkoły przeważnie chodziłam piechotą, bo nie miałam aż tak daleko. Słońce nie żałowało dzisiaj swojego blasku więc dzień był ciepły, a niebo bezchmurne co od razu polepszyło mój nastrój. Dotarłam do szkoły bardzo szybko. Na wejściu Libby złapała mnie za rękę i zaczęła prowadzić do swojego schowka na książki. Wszystkie szafki uczniów znajdywały się na pierwszym piętrze. Prezentowały się bardzo nowocześnie dlatego postanowiłam w najbliższym czasie odwiedzić panią Mirandę i przygarnąć jedną z nich.
- Chodź szybko Caroline! Szykuje się wspaniała impreza! Potem mi powiesz o co chodzi z Nathanem!- Libby wszystko wypowiadała w tempie karabinu maszynowego więc musiałam się naprawdę skupić żeby ją zrozumieć.Wyjęła kilka zeszytów i popędziła w odwrotną stronę znów mnie ciągnąc ze sobą.
Przyjaciółka prowadziła nas do szklanych drzwi, a następnie na taras szkolny. Nie wiedziałam o co konkretnie chodzi ale wszystko wyjaśniło się gdy spojrzałam w tym samym kierunku co Libby. Przed bramą wjazdową stał ogromny autokar i wtedy zobaczyłam to czego szukałam pierwszego dnia.
Rozdział ponownie można zaliczyć do udanych. Rozbroiły mnie ich wywody na temat końca świata. Lubię Nathana, ale mam wrażenie, że jest mało dojrzały jak dla Caroline. Ona zasługuje na coś z wyższej półki. A Nathan patrzy tylko na kobiece wdzięki. Tak to odebrałam, ale kto wie? Może się mylę :) Z niecierpliwością oczekuję kolejnego rozdziału! ~xoxo
OdpowiedzUsuńSuper rozdział. I gorąco kibicuję Nathanowi! :D
OdpowiedzUsuńZapowiada się bardzo ciekawie. Zastanawiam się co takiego Caroline zobaczyła na tym tarasie! :p
OdpowiedzUsuńZajebisty rozdział :D To kiedy następny ? ;]
OdpowiedzUsuńPrawdopodobnie za tydzień dodam następny rozdział. :)
UsuńŚwietne :)
OdpowiedzUsuń