14. God knows what is hiding in those weak and drunken hearts.
Tak, jak myślałam, obudziłam się po godzinie 11. Lekcje kończyłam za 40. minut, więc nie opłacało się wstawać z łóżka. Spojrzałam ospale na uchylone okno. Do pokoju wpadało świeże, ale zimne powietrze. Było orzeźwiające i bardzo pobudzające. Niekoniecznie chciałam wyjść z ciepłej pościeli, ale zamarzyłam o pachnącej kawie. Zupełnie nie miałam ochoty na głośne towarzystwo swoich znajomych. Delektowałam się dzisiejszą samotnością. Narzuciłam szlafrok na ramiona i ruszyłam do kuchni. Ze zdziwieniem przypomniałam sobie, że od wczorajszego południa nic nie jadłam. Okropnie burczało mi w brzuchu, a lodówka jak na złość była pusta.
Zrezygnowana postanowiłam się ubrać i odwiedzić pobliski sklep spożywczy. Pomyślałam, że może powinnam skontaktować się z Jenaro. Chciałam ograniczyć listę kłopotów oraz trudnych przeciwności do minimum, a im szybciej tym lepiej. ostatnimi czasy czułam się jakby ktoś rzucał mi kłody pod nogi. Rozwiązując jeden problem, zyskiwałam dwa kolejne.
Wrzuciłam na siebie morelową sukienkę przed kolano z rozkloszowanym dołem oraz rękawami długości 3/4. Postawiłam także na płaskie, beżowe baleriny i przed wyjściem dodałam przewiewny sweterek w tym samym kolorze. Dzisiejszy dzień nie należał do najcieplejszych, jednak słońce witało mieszkańców jak co rano (a raczej południe).
Miałam szczęście spotykając jedynie znajomą sąsiadkę. O tej porze po ulicach krzątało się niewielu ludzi. Byli to przeważnie emeryci z wnukami, bądź pracownicy poczty. Czasem na horyzoncie pojawiła się ciężarówka ze świeżym pieczywem, zmierzająca do pobliskich piekarni. Cała ludność miejska solidnie pracowała w biurach na swoje pobory, podczas gdy ja wybierałam się na zakupy. Było to w pewnym sensie nie fair wobec nich. Dlaczego muszą tyrać przez 8h dziennie, a ja mogę spacerowym krokiem przemierzać ulice miasta i niczym się nie przejmować? Taka była kolej rzeczy. Może za kilka lat to ja będę sekretarką ogromnego biurowca. Wtedy z tęsknotą spojrzę przez okno na przechodzącą nastolatkę, po czym stłumię ciche westchnienie przypominając sobie ten dzień.
W sklepie nie mogłam się na nic zdecydować. Ekologiczną torbę wypełniłam po brzegi owocami, nabiałem oraz najróżniejszymi warzywami. Po drodze wstąpiłam też po świeże pieczywo do piekarni zaprzyjaźnionej z rodzicami pani Miki. Miała chyba najlepsze pączki w mieście. Nie mogłam się im oprzeć i poprosiłam o trzy na wynos. Wychodząc wyciągnęłam telefon z kieszeni, a następnie wybrałam numer Jenaro. Niestety po długim czasie oczekiwania, przywitała mnie automatyczna sekretarka. Prosiła, abym zostawiła wiadomość, ale z doświadczenia wiedziałam, że nikt nigdy ich nie odsłuchuje.
Moją ilość zakupów uwarunkowałam możliwością niezapowiedzianej wizyty przyjaciół. Gdyby wystąpiła taka sytuacja, nasze negocjacje na sto procent nie skończyłyby się na popołudniowej kawie. Teraz miała odrobinę lepszy humor i dopuszczałam ewentualne odwiedziny wieczorem. Chciałam poświęcić swój dzisiejszy czas na sprzątanie. Nie byłam w domu od dobrych kilku dni, a wcześniej miałam mnóstwo innych ważnych zajęć. Dbanie o porządek wpisało się na moją listę nowych obowiązków. Nie byłam z tego powodu zbytnio przygnębiona, ponieważ chętnie pomagałam mamie w ogarnianiu wspólnego bałaganu. W pewnym stopniu tego typu zajęcia zmniejszały mój stres i dawały pole do rozważań. Aktualnie potrzebowałam niezliczonej liczby godzin kontemplacji, aby znaleźć rozsądne, a przede wszystkim możliwe rozwiązanie moich problemów.
Kolejny telefon postanowiłam wykonać do lecznicy. Przebywał tam nowy członek mojej rodziny i mam nadzieję, że także nowy przyjaciel. Wybrałam numer kliniki.
- Lecznica weterynaryjna, słucham?- lakonicznym głosem powitał mnie pracownik.
- Dzień dobry! Wczoraj przyjechałam do Państwa z mocno poszkodowanym, biszkoptowym pieskiem. Czy mogłabym zapytać o jego stan?- starałam się być miła i nie zdradzać lekkiego zdenerwowania.
- Oczywiście. Poproszę do telefonu mojego asystenta. On się tym z chęcią zajmie. Bardzo cieszymy się, że jest Pani tak troskliwą właścicielką.
- Ekhm, dziękuję- odchrząknęłam, przypominając sobie o znikomej wiedzy na temat zwierząt. Usłyszałam trzask w słuchawce, a następnie przekazywanie jej z rak do rąk.
- Pani nowy przyjaciel domu miewa się coraz lepiej. Wyprzedzając Pani pytanie, odpowiem. Można go będzie zabrać za mniej więcej trzy dni- oznajmił monotonny głos tego samego bladego chłopca, który ostatnio nie obdarzył mnie potokiem słów.
- Bardzo dziękuję!
- Skontaktujemy się z Panią telefonicznie co do konkretów. Do widzenia!- usłyszałam szybkie pożegnanie i rozmówca rozłączył się.
- Do zobaczenia- westchnęłam sama do siebie. Ten człowiek ewidentnie nie miał ochoty na pogaduszki.
Weszłam do domu, zamknęłam drzwi i zaniosłam zakupy do kuchni. Postanowiłam zrobić placki z cukinii. Musiałam uważać bo bardzo łatwo je przesolić, ale w ostateczności wyszły nawet niezłe. Kolejne godziny spędziłam na myciu podłóg, okien, pozbywaniu się kurzu z mebli oraz czyszczeniu sprzętów kuchennych. Trzeba było zrobić jeszcze porządek z ogródkiem. Trawa już dawno powinna być skoszona, a ja zupełnie o tym zapomniałam. Dopisałam to do listy ważnych spraw, po czym ponownie zajęłam się sprzątaniem.
Około godziny 18. usłyszałam nieśmiałe pukanie do drzwi. Rozważałam trzy wersje: Libby, Nathan lub Tom. Nie ukrywałam, że z tej ostatniej ucieszyłabym się najbardziej. Nadal byłam niesamowicie na niego zła, ale zależało mi na wyjaśnieniu całej sytuacji. Nie tyle, co byłabym szczęśliwa, lecz na pewno bardzo by mi ulżyło. Niemniej jednak, postanowiłam sprawdzić kto mnie napastuje. Ku mojemu zdziwieniu była to dwójka ludzi: Libby i Nathan. Nagle dwie różne wersje przerodziły się w jedną, jeszcze gorszą.
Kochałam swoich przyjaciół, ale ich widok uświadomił mi ile czeka nas rozmów, tłumaczeń i tym podobnych. Zrezygnowana pokręciłam głową i wpuściłam ich do środka. Jak przystało na wzorową gospodynię zaproponowałam coś do picia oraz jedzenia, lecz zgodnie odmówili.
- Nie wróciłaś wczoraj na noc- zaczął powoli Nathan. Nie powiedział tego z wyrzutem, ale z nieskrywaną troską.
- Bardzo się o Ciebie martwiliśmy. Nie było Cię ani w domu, ani w szkole. Nawet na mieście. Mogłabyś nam rozjaśnić co się stało?- spytała moja przyjaciółka. Była wyraźnie zaniepokojona.
- Do 5. nad ranem siedziałam w lecznicy weterynaryjnej. Wracając znalazłam poszkodowanego psa i postanowiłam mu pomóc- wyjaśniłam w skrócie.
- I tylko dlatego się nie odzywałaś i nie odbierałaś telefonów?- Nathan był ewidentnie zszokowany. Czuł, że o czymś nie wie.
- Szkoda, że nic nam nie powiedziałaś- dodała ze smutkiem ciemnowłosa dziewczyna.- Przecież wiesz, że zawsze możesz na nas liczyć i pomożemy Ci ze wszystkimi problemami.
- Wiem- powiedziałam, a na moim policzku pojawiła się samotna łza.- Przepraszam!- podeszłam do niej i zamknęłam w uścisku.
- Potem opowiesz mi co się zdarzyło w szkole- szepnęła mi na ucho. Dobrze wiedziała, że to nie jest temat, o którym Nathan powinien wiedzieć.
- Czy...- zawahał się.- Czy dzieje się coś poważnego?
- Wszystko po staremu.
Podeszłam do bruneta i otwartą dłonią dotknęłam jego policzka. Chciałam żeby było między nami dobrze. Teraz wiedziałam, że to z nim mogę układać przyszłość oraz właśnie tego chcę. Nat nakrył moją rękę swoją, a potem pocałował ją subtelnie. Jego gesty uspokajały mnie w pewien nieznany mi sposób. Mogłam tak stać wieczność. Patrzeć w te duże, brązowe oczy i ufać im, wierzyć w lepsze jutro. To właśnie odczuwałam będąc przy nim- nadzieję.
Nathan pocałował mnie czule, a następnie przytulił do swojego umięśnionego torsu. W ten sposób dał mi do zrozumienia, że będzie mnie chronił. Byłam mu za to ogromnie wdzięczna. Okazywał mi więcej miłości niż rodzice przez ostatnie lata. Sama nie mogłam uwierzyć w to, co wtedy pomyślałam. Chciałam żeby ta chwila nigdy się nie kończyła. Oparłam głowę o jego ramię i pozwoliłam żeby panował nad równowaga mojego ciała. Czułam się bezpiecznie. Miałam kogoś, kto będzie mnie bronił oraz pomagał. Napawałam się tą myślą. Mimowolnie na mojej twarzy zagościł niewielki uśmiech.
Odsunęłam się niechętnie i zwróciłam ku mojej przyjaciółce. Wiedziałam, że mamy sobie wiele do powiedzenia. Nie chciałam stracić tak silnie łączącej nas relacji przez niedomówienia. Wprawdzie były to poważne przemilczenia, ale zamierzałam wszystko wyjaśnić. Zapowiadał się kolejny zamknięty rozdział w moim życiu, więc nie chciałam więcej się tym przejmować.
- Będę miała psa. Musze mu dać jakieś imię i nie wiem czy będę mogła wtedy u Ciebie nadal mieszkać- zagadnęłam Libby.
- Zawsze chciałam mieć zwierzaka, więc nie widzę żadnego problemu. Nad imieniem zastanowimy się przy dzisiejszej kolacji, jeśli zechcesz do nas dołączyć- powiedziała z nadzieję w głosie.
- Z wielką przyjemnością- posłałam jej radosny uśmiech i od razu przytuliłam.
- Ja też chcę!- krzykną urażony Nat, po czym przyłączył się tworząc grupowe tulenie.
- Widziałam, że kupiłaś świeże owoce. Jak się zgodzisz, możemy je wziąć do mnie i upichcić coś naprawdę smacznego- Libby uwielbiała gotować dla innych, sprawiało jej to ogromną radość.
- Jasne! Chętnie dołączę do wspólnego gotowania- nie mogłam się doczekać.
- Teraz chyba nawet ja jestem do tego zmuszony- stęknął chłopak, na co głośno się roześmiałyśmy.
- Zupełnie jak typowy facet- skwitowałam i dźgnęłam go w brzuch. Zajęczał cicho, po czym zaczął mnie łaskotać.
Niewinna zabawa przerodziła się wojnę na gilgotki, szczypanie i rzucanie w siebie stosunkowo miękkimi poduszkami. Zachowywaliśmy się jak dzieci z podstawówki, ale sprawiało nam to ogromną przyjemność. Potrzebowałam takiej dawki śmiechu żeby przypomnieć sobie jak wspaniale jest mieć ludzi, na których zawsze możesz polegać. Zmęczeni bieganiem i krzyczeniem opadliśmy na moją kanapę. Wypominaliśmy najzabawniejsze momenty. Zupełnie zapomniałam o trapiących mnie problemach. Nie myślałam o zbliżającym się dniu zajęć z Tomem, ani o rodzicach. Całą uwagę skupiłam na teraźniejszości.
Wszystko działo się bardzo szybko. Przemieściliśmy się do domu Libby, przyrządziliśmy sałatkę owocową oraz omlety według starego przepisu babci mojej przyjaciółki. Kolacja smakowała wyśmienicie. Przysłuchując się wspólnym rozmowom, przyznałam sama przed sobą, że przyjaciele potrafią wiele zmienić oraz wnieść trochę radości do naszego szarego życia. Jednak zaufanych ludzi trzeba dopierać umiejętnie. Uważać, żeby nie żerowali na naszej życiowej energii. Mi na szczęście udało się znaleźć dwójkę uzupełniających się prawie ideałów.
Wraz z Nathanem zgłosiliśmy się do zmywania naczyń po jedzeniu, ponieważ zmywarka lekko nawalała. Libby wyjawiła, że Leo zaoferował jej swoją pomoc i prawdopodobnie zjawi się nad ranem. Podczas, gdy ciemnowłosa piękność poszła do łazienki, ja i mój chłopak napawaliśmy się swoim towarzystwem. Jeszcze nigdy nie przeżyłam romantyczniejszego zmywania. Nathan posyłał mi najpiękniejsze ze swoich uśmiechów, odsłaniając rządek śnieżnobiałych, równiutkich zębów. Gdy nasze dłonie stykały się podczas przekazywania naczyń, przechodził mnie miły dreszcz. Uwielbiałam dotyk jego skóry.
- Chciałbym przedstawić Cię swoim rodzicom- wyznał lekko zawstydzony. Natomiast ja o mały włos nie upuściłam porcelanowego podstawka ze zdziwienia.
- Nie uważasz, że to trochę za szybko?- spytałam zdziwiona.
- Wiem, że teraz jest bardzo burzliwy czas, ale nie mówię o żadnej konkretnej dacie. Możesz wybrać się ze mną równie dobrze za tydzień, jak i za miesiąc- wyznał.- Chciałbym po prostu żebyś wiedziała, jak wiele dla mnie znaczysz.
- Och, Nathan- jęknęłam, po czym przybliżyłam ręce do jego twarzy. Złapałam ją w dłonie i ucałowałam delikatnie.
- Chciałbym żeby nasza relacja stała się głębsza oraz poważniejsza- wyraźnie było trudno mówić mu o swoich uczuciach.
- Rozumiem, też tego chcę- zapewniłam go bez chwili wahania.
Chłopak przytulił mnie do siebie, a następnie złączył nasze usta w przepełnionym uczuciem pocałunku. Jego różane usta idealnie współgrały z moimi. Aksamitny dotyk koił nerwy, sprawiając przy tym ogromną przyjemność. Ręce wędrowały po moim ciele chcąc zachować ten moment na zawsze w pamięci. Nie chciałam żeby ta chwila się kończyła, nie teraz.
W sklepie nie mogłam się na nic zdecydować. Ekologiczną torbę wypełniłam po brzegi owocami, nabiałem oraz najróżniejszymi warzywami. Po drodze wstąpiłam też po świeże pieczywo do piekarni zaprzyjaźnionej z rodzicami pani Miki. Miała chyba najlepsze pączki w mieście. Nie mogłam się im oprzeć i poprosiłam o trzy na wynos. Wychodząc wyciągnęłam telefon z kieszeni, a następnie wybrałam numer Jenaro. Niestety po długim czasie oczekiwania, przywitała mnie automatyczna sekretarka. Prosiła, abym zostawiła wiadomość, ale z doświadczenia wiedziałam, że nikt nigdy ich nie odsłuchuje.
Moją ilość zakupów uwarunkowałam możliwością niezapowiedzianej wizyty przyjaciół. Gdyby wystąpiła taka sytuacja, nasze negocjacje na sto procent nie skończyłyby się na popołudniowej kawie. Teraz miała odrobinę lepszy humor i dopuszczałam ewentualne odwiedziny wieczorem. Chciałam poświęcić swój dzisiejszy czas na sprzątanie. Nie byłam w domu od dobrych kilku dni, a wcześniej miałam mnóstwo innych ważnych zajęć. Dbanie o porządek wpisało się na moją listę nowych obowiązków. Nie byłam z tego powodu zbytnio przygnębiona, ponieważ chętnie pomagałam mamie w ogarnianiu wspólnego bałaganu. W pewnym stopniu tego typu zajęcia zmniejszały mój stres i dawały pole do rozważań. Aktualnie potrzebowałam niezliczonej liczby godzin kontemplacji, aby znaleźć rozsądne, a przede wszystkim możliwe rozwiązanie moich problemów.
Kolejny telefon postanowiłam wykonać do lecznicy. Przebywał tam nowy członek mojej rodziny i mam nadzieję, że także nowy przyjaciel. Wybrałam numer kliniki.
- Lecznica weterynaryjna, słucham?- lakonicznym głosem powitał mnie pracownik.
- Dzień dobry! Wczoraj przyjechałam do Państwa z mocno poszkodowanym, biszkoptowym pieskiem. Czy mogłabym zapytać o jego stan?- starałam się być miła i nie zdradzać lekkiego zdenerwowania.
- Oczywiście. Poproszę do telefonu mojego asystenta. On się tym z chęcią zajmie. Bardzo cieszymy się, że jest Pani tak troskliwą właścicielką.
- Ekhm, dziękuję- odchrząknęłam, przypominając sobie o znikomej wiedzy na temat zwierząt. Usłyszałam trzask w słuchawce, a następnie przekazywanie jej z rak do rąk.
- Pani nowy przyjaciel domu miewa się coraz lepiej. Wyprzedzając Pani pytanie, odpowiem. Można go będzie zabrać za mniej więcej trzy dni- oznajmił monotonny głos tego samego bladego chłopca, który ostatnio nie obdarzył mnie potokiem słów.
- Bardzo dziękuję!
- Skontaktujemy się z Panią telefonicznie co do konkretów. Do widzenia!- usłyszałam szybkie pożegnanie i rozmówca rozłączył się.
- Do zobaczenia- westchnęłam sama do siebie. Ten człowiek ewidentnie nie miał ochoty na pogaduszki.
Weszłam do domu, zamknęłam drzwi i zaniosłam zakupy do kuchni. Postanowiłam zrobić placki z cukinii. Musiałam uważać bo bardzo łatwo je przesolić, ale w ostateczności wyszły nawet niezłe. Kolejne godziny spędziłam na myciu podłóg, okien, pozbywaniu się kurzu z mebli oraz czyszczeniu sprzętów kuchennych. Trzeba było zrobić jeszcze porządek z ogródkiem. Trawa już dawno powinna być skoszona, a ja zupełnie o tym zapomniałam. Dopisałam to do listy ważnych spraw, po czym ponownie zajęłam się sprzątaniem.
Około godziny 18. usłyszałam nieśmiałe pukanie do drzwi. Rozważałam trzy wersje: Libby, Nathan lub Tom. Nie ukrywałam, że z tej ostatniej ucieszyłabym się najbardziej. Nadal byłam niesamowicie na niego zła, ale zależało mi na wyjaśnieniu całej sytuacji. Nie tyle, co byłabym szczęśliwa, lecz na pewno bardzo by mi ulżyło. Niemniej jednak, postanowiłam sprawdzić kto mnie napastuje. Ku mojemu zdziwieniu była to dwójka ludzi: Libby i Nathan. Nagle dwie różne wersje przerodziły się w jedną, jeszcze gorszą.
Kochałam swoich przyjaciół, ale ich widok uświadomił mi ile czeka nas rozmów, tłumaczeń i tym podobnych. Zrezygnowana pokręciłam głową i wpuściłam ich do środka. Jak przystało na wzorową gospodynię zaproponowałam coś do picia oraz jedzenia, lecz zgodnie odmówili.
- Nie wróciłaś wczoraj na noc- zaczął powoli Nathan. Nie powiedział tego z wyrzutem, ale z nieskrywaną troską.
- Bardzo się o Ciebie martwiliśmy. Nie było Cię ani w domu, ani w szkole. Nawet na mieście. Mogłabyś nam rozjaśnić co się stało?- spytała moja przyjaciółka. Była wyraźnie zaniepokojona.
- Do 5. nad ranem siedziałam w lecznicy weterynaryjnej. Wracając znalazłam poszkodowanego psa i postanowiłam mu pomóc- wyjaśniłam w skrócie.
- I tylko dlatego się nie odzywałaś i nie odbierałaś telefonów?- Nathan był ewidentnie zszokowany. Czuł, że o czymś nie wie.
- Szkoda, że nic nam nie powiedziałaś- dodała ze smutkiem ciemnowłosa dziewczyna.- Przecież wiesz, że zawsze możesz na nas liczyć i pomożemy Ci ze wszystkimi problemami.
- Wiem- powiedziałam, a na moim policzku pojawiła się samotna łza.- Przepraszam!- podeszłam do niej i zamknęłam w uścisku.
- Potem opowiesz mi co się zdarzyło w szkole- szepnęła mi na ucho. Dobrze wiedziała, że to nie jest temat, o którym Nathan powinien wiedzieć.
- Czy...- zawahał się.- Czy dzieje się coś poważnego?
- Wszystko po staremu.
Podeszłam do bruneta i otwartą dłonią dotknęłam jego policzka. Chciałam żeby było między nami dobrze. Teraz wiedziałam, że to z nim mogę układać przyszłość oraz właśnie tego chcę. Nat nakrył moją rękę swoją, a potem pocałował ją subtelnie. Jego gesty uspokajały mnie w pewien nieznany mi sposób. Mogłam tak stać wieczność. Patrzeć w te duże, brązowe oczy i ufać im, wierzyć w lepsze jutro. To właśnie odczuwałam będąc przy nim- nadzieję.
Nathan pocałował mnie czule, a następnie przytulił do swojego umięśnionego torsu. W ten sposób dał mi do zrozumienia, że będzie mnie chronił. Byłam mu za to ogromnie wdzięczna. Okazywał mi więcej miłości niż rodzice przez ostatnie lata. Sama nie mogłam uwierzyć w to, co wtedy pomyślałam. Chciałam żeby ta chwila nigdy się nie kończyła. Oparłam głowę o jego ramię i pozwoliłam żeby panował nad równowaga mojego ciała. Czułam się bezpiecznie. Miałam kogoś, kto będzie mnie bronił oraz pomagał. Napawałam się tą myślą. Mimowolnie na mojej twarzy zagościł niewielki uśmiech.
Odsunęłam się niechętnie i zwróciłam ku mojej przyjaciółce. Wiedziałam, że mamy sobie wiele do powiedzenia. Nie chciałam stracić tak silnie łączącej nas relacji przez niedomówienia. Wprawdzie były to poważne przemilczenia, ale zamierzałam wszystko wyjaśnić. Zapowiadał się kolejny zamknięty rozdział w moim życiu, więc nie chciałam więcej się tym przejmować.
- Będę miała psa. Musze mu dać jakieś imię i nie wiem czy będę mogła wtedy u Ciebie nadal mieszkać- zagadnęłam Libby.
- Zawsze chciałam mieć zwierzaka, więc nie widzę żadnego problemu. Nad imieniem zastanowimy się przy dzisiejszej kolacji, jeśli zechcesz do nas dołączyć- powiedziała z nadzieję w głosie.
- Z wielką przyjemnością- posłałam jej radosny uśmiech i od razu przytuliłam.
- Ja też chcę!- krzykną urażony Nat, po czym przyłączył się tworząc grupowe tulenie.
- Widziałam, że kupiłaś świeże owoce. Jak się zgodzisz, możemy je wziąć do mnie i upichcić coś naprawdę smacznego- Libby uwielbiała gotować dla innych, sprawiało jej to ogromną radość.
- Jasne! Chętnie dołączę do wspólnego gotowania- nie mogłam się doczekać.
- Teraz chyba nawet ja jestem do tego zmuszony- stęknął chłopak, na co głośno się roześmiałyśmy.
- Zupełnie jak typowy facet- skwitowałam i dźgnęłam go w brzuch. Zajęczał cicho, po czym zaczął mnie łaskotać.
Niewinna zabawa przerodziła się wojnę na gilgotki, szczypanie i rzucanie w siebie stosunkowo miękkimi poduszkami. Zachowywaliśmy się jak dzieci z podstawówki, ale sprawiało nam to ogromną przyjemność. Potrzebowałam takiej dawki śmiechu żeby przypomnieć sobie jak wspaniale jest mieć ludzi, na których zawsze możesz polegać. Zmęczeni bieganiem i krzyczeniem opadliśmy na moją kanapę. Wypominaliśmy najzabawniejsze momenty. Zupełnie zapomniałam o trapiących mnie problemach. Nie myślałam o zbliżającym się dniu zajęć z Tomem, ani o rodzicach. Całą uwagę skupiłam na teraźniejszości.
Wszystko działo się bardzo szybko. Przemieściliśmy się do domu Libby, przyrządziliśmy sałatkę owocową oraz omlety według starego przepisu babci mojej przyjaciółki. Kolacja smakowała wyśmienicie. Przysłuchując się wspólnym rozmowom, przyznałam sama przed sobą, że przyjaciele potrafią wiele zmienić oraz wnieść trochę radości do naszego szarego życia. Jednak zaufanych ludzi trzeba dopierać umiejętnie. Uważać, żeby nie żerowali na naszej życiowej energii. Mi na szczęście udało się znaleźć dwójkę uzupełniających się prawie ideałów.
Wraz z Nathanem zgłosiliśmy się do zmywania naczyń po jedzeniu, ponieważ zmywarka lekko nawalała. Libby wyjawiła, że Leo zaoferował jej swoją pomoc i prawdopodobnie zjawi się nad ranem. Podczas, gdy ciemnowłosa piękność poszła do łazienki, ja i mój chłopak napawaliśmy się swoim towarzystwem. Jeszcze nigdy nie przeżyłam romantyczniejszego zmywania. Nathan posyłał mi najpiękniejsze ze swoich uśmiechów, odsłaniając rządek śnieżnobiałych, równiutkich zębów. Gdy nasze dłonie stykały się podczas przekazywania naczyń, przechodził mnie miły dreszcz. Uwielbiałam dotyk jego skóry.
- Chciałbym przedstawić Cię swoim rodzicom- wyznał lekko zawstydzony. Natomiast ja o mały włos nie upuściłam porcelanowego podstawka ze zdziwienia.
- Nie uważasz, że to trochę za szybko?- spytałam zdziwiona.
- Wiem, że teraz jest bardzo burzliwy czas, ale nie mówię o żadnej konkretnej dacie. Możesz wybrać się ze mną równie dobrze za tydzień, jak i za miesiąc- wyznał.- Chciałbym po prostu żebyś wiedziała, jak wiele dla mnie znaczysz.
- Och, Nathan- jęknęłam, po czym przybliżyłam ręce do jego twarzy. Złapałam ją w dłonie i ucałowałam delikatnie.
- Chciałbym żeby nasza relacja stała się głębsza oraz poważniejsza- wyraźnie było trudno mówić mu o swoich uczuciach.
- Rozumiem, też tego chcę- zapewniłam go bez chwili wahania.
Chłopak przytulił mnie do siebie, a następnie złączył nasze usta w przepełnionym uczuciem pocałunku. Jego różane usta idealnie współgrały z moimi. Aksamitny dotyk koił nerwy, sprawiając przy tym ogromną przyjemność. Ręce wędrowały po moim ciele chcąc zachować ten moment na zawsze w pamięci. Nie chciałam żeby ta chwila się kończyła, nie teraz.
Dlaczego taki krótki?! Miałam nadzieję, że Nathan zniknie z jej życia, a tu nagle romantyczna miłość? Oby jego rolę w końcu objął ktoś inny bo sceny są przepiękne, ale wszyscy wiemy, że Nat to dzieciak!
OdpowiedzUsuńZawarłaś w tym rozdziale taką wspaniałą prawdę życiową z tym dobieraniem swoich przyjaciół. Trzeba na to uważać.
Z niecierpliwością już czekam na kolejną część! Życzę weny i dalej takich pięknych notek!!!
Jeden z najlepszych rozdziałów jak do tej pory!
OdpowiedzUsuńMoim zdaniem każdy miał nadzieję na to, że Nat zniknie z życia Car, a tu proszę - przedstawianie rodzicom! Niesamowity zwrot akcji.
Czekam na następny rozdział xxxxx
AAAAAA, NATHAN JAKI SŁODZIAK :3
OdpowiedzUsuńJezu rzygam tą całą miłością Nathana do Caroline XDDD On jest zdecydowanie ZA słodki i ZA dziecinny. Poważny związek? Pfff nie dla Caroline :D Ona jest jak wolny strzelec, wiecznie pragnąca przygód. Taki Nathan jej zdecydowanie nie wystarczy. Z resztą to było widać już wcześniej, kiedy wahała się pomiędzy Nat, Tomem i Jenaro. Ogólnie rozdział zajebisty jak zawsze xd Szkoda tylko, że tak krótko. Z niecierpliwością będę wyczekiwać kolejnego!
OdpowiedzUsuń~Twoja wierna psycho-fanka ;*
PS: Grupowe tulanie mnie rozwaliło. Skojarzyło mi się z teletubisiami XDDD
ja od razu wiedziałam, że tak będzie! Czułam, że Caroline będzie chciała stworzyć jakiś tam związek z Nathanem ;) chociaż, wiernością to ona nie grzeszy... Uwielbiam Twoje opowiadanie, ale mam jedno krótkie pytanie- DLACZEGO TWOJE ROZDZIAŁY SĄ TAKIE KRÓTKIE?!
OdpowiedzUsuńpozdrawiam, @all_bullshit_ <3
Skoro wokół Caroline jest tyle kochających ją osób (dealer, nieśmiały gówniarz, czarna wariatka i pedofil), to powinni wszyscy się zrzucić na dobrego psychiatryka dla niej. Byłoby słodko <3
OdpowiedzUsuńHahahaha o matko! Nigdy bym na to nie wpadła! Chyba jeszcze żaden komentarz mnie tak nie rozbawił! XD
UsuńNie przepadam za. Nathanem, ale jest uroczy w tym ich zwiazku. Troche mi go szkoda, nie ma co sie rozpisywać, ide czytać 15, trzeba nadrobić!
OdpowiedzUsuńxx