13. It's a day that I’ll never miss.
Nie miałam dzisiaj ochoty na żadne spotkania, wyjścia lub cokolwiek. Zaszyłam się w swoim pokoju z nadzieję, że nikt nie będzie zawracał mi głowy. Nie chciałam widzieć nikogo na oczy. W tej chwili bardzo potrzebowałam swojej mamy. Pragnęłam żeby mnie przytuliła, doradziła i powiedziała, że wszystko się ułoży. Tym czasem ona podróżowała po świecie z nieznaną mi misją. Nie dawała znaku życia, nie pisała do mnie ani nie dzwoniła. Starałam się zrozumieć, że chciała mnie chronić przed problemami, ale teraz naprawdę jej potrzebowałam. Płakałam wypakowując książki z torby. Z tego całego zamieszania nie zostawiłam niepotrzebnego bagażu w szafce.
Byłam pewna, że prędzej czy później Libby zacznie mnie szukać. Nie dodzwoni się na telefon, ponieważ go wyłączyłam. Jej następnym przystankiem będzie mój dom, to jasne. Dlatego też musiałam się szybko oporządzić i wyjść. Nie miałam pojęcia gdzie pójdę oraz co ze sobą zrobię. Wiedziałam tylko, że nawet tu nie dostanę upragnionego spokoju.
Myśli kołowały mi się w głowie. Mnóstwo pytań, wątpliwości. W pewnym momencie odczuwałam nawet strach. Gdyby dyrektorka dowiedziała się o całym zdarzeniu na sto procent wyleciałabym ze szkoły, a Tom miałby problemy z prawem. W pierwszej chwili pomyślałam, że zasłużył na to. Później dotarło do mnie, iż nie powinnam mu tego życzyć. Jeszcze nie znałam powodu, dla którego tak właśnie postąpił. Jednak nie zmieniało to ogromnej złości jaką go teraz darzyłam. Dochodziła godzina szesnasta. Nie zamierzałam szybko wracać, więc zarzuciłam przez ramię czarną skórzaną kurtkę. Zmieniłam szpilki na wygodne mokasyny i przebrałam się w długie czarne spodnie oraz kremową bokserkę. Włosy związałam w koński ogon. Dodałam jeszcze okulary przeciwsłoneczne, w końcu nikt nie musiał oglądać moich czerwonych, podkrążonych od płaczu oczu.
Zabrałam ze sobą niewielką torebkę na dokumenty, klucze i telefon, który i tak był wyłączony. Wyszłam dość szybko, zamykając wszystko dokładnie. Ruszyłam w stronę miasta, a potem zamierzałam odbić w rzadko odwiedzane dzielnice hinduskich sklepów i restauracji. Od małego miałam bzika na punkcie Indii. Przebierałam się w długie haftowane złotem suknie, szale oraz nosiłam mnóstwo biżuterii, tej najmocniej świecącej. Tata przywoził mi najbardziej wymyślne chusty i naszyjniki. Kiedyś dostałam od niego kolię z małych diamencików. Była moim oczkiem w głowie. Wtedy jeszcze moja rodzina mieszkała razem, mieliśmy ze sobą świetny kontakt, chodziliśmy na wspólne spacery, do parków rozrywki. Tata zawsze trzymał mamę za rękę lub pod ramię. Wspomnienia z dzieciństwa miałam bardzo bogate i niezwykle piękne. Były o wiele przyjemniejsze niż moje nastoletnie życie. Nigdy nie przypuszczałam, że moi rodzice stracą tak ogromne uczucie, które trzymało ich wiecznie przy sobie. Marzyłam o małżeństwie na kształt ich własnego, o mężu kochającym jak mój tata.
Westchnęłam przypominając sobie błogie chwile z tak dawnych, ale jakże szczęśliwych czasów. Potem wszystko się skomplikowało. Problemy finansowe zmusiły ojca do zmienienia pracy. W sumie firma, która go zatrudniała i tak była na wykończeniu. Prędzej czy później byłby zmuszony do podjęcia tych radykalnych kroków. Z początku bardzo cieszył mnie przypływ gotówki. Mama mogła pozwolić sobie na nowe ubrania, ja dostawałam ładniejsze zabawki, odremontowaliśmy dawno nieruszane mieszkanie. Wszystko układało się jak z bajki do czasu gdy tata awansował. Pracę postawił na pierwszym miejscu. Rodzina stała się dla niego zwykłym dodatkiem, czasem też uciążliwym. Wiecznie spokojna i rozważna Kate potrzebowała swojego męża. Mała, tęskniąca Car liczyła na miłość ojca. Jego częste podróże powodowały niezliczoną ilość kłótni. Ojciec często wychodził na noc i wracał w południe. Nie lubił wyrzutów i skarg pod swoim adresem. Cały czas utrzymywał w sobie przekonanie, że robi to dla naszego dobra. Żebyśmy mogły godnie żyć, dobrze jeść, mieć w co się ubrać. Szkoda tylko, że nie zauważył jak bardzo nas to poróżniło. Jak stracił ze mną przyjacielski kontakt.
Spod okularów wyłoniło się kilka samotnych łez. Chciałam cofnąć czas. Móc zatrzymać tatę przy sobie. Nie pozwolić mu na tak ciągłe wyjazdy. Przez to wszystko mama zdecydowała się przeprowadzić. Ojciec dostał propozycję pracy w Europie. Nie powiedział w jakim konkretnie kraju, ani na jaki czas. Słyszałam coś o trzech do czterech lat. Wtedy dopiero zaczęło się piekło. Grożenie rozwodem, przeprowadzkami, nawet jakimiś ucieczkami. Tata nie chciał nawet o tym rozmawiać. Powiedział, że nie zgodzi się na żaden rozwód, a jeśli chcemy mieć pieniądze to żona powinna siedzieć cicho. Wtedy poczułam do niego prawdziwą odrazę. Bardziej zależało mi na kochającym i wspierającym mnie ojcu niż na jego pieniądzach.
Usiadłam zrezygnowana na ławce. Byłam już niedaleko hinduskiej dzielnicy. Między drzewami mogłam dostrzec logo sklepu "IndianArt". Często odwiedzałam go w poszukiwaniu inspiracji. Przemiła sprzedawczyni była dla mnie jak ciotka. Nigdy nie poznałam jej prawdziwej tożsamości, o której nikomu nic nie wspominała. Przedstawiała się jako Banhi i opowiadała mi historie przewrotnego życia w Indiach. Postawna kobieta jednak nie wyglądała na hinduskę z krwi i kości. Miała w sobie coś z azjatyckiej urody dalszego wschodu, jednak nigdy o to nie pytałam. Przybranej ciotki o kruczoczarnych włosach nie widziałam kilka dobrych lat, więc postanowiłam ją odwiedzić. Wstałam z ławki i ruszyłam w stronę zapomnianego sklepu.
Otworzyłam drzwi, po czym weszłam nieśmiałym krokiem. Nigdzie nie widziałam mojej starej powierniczki. Miałam nadzieję, że nie przeniosła się, ani nie wyjechała. W tych chwilach tylko ona mogła w pewnym stopniu zrekompensować mi brak mamy. Rozglądałam się po pomieszczeniu, kątem oka wypatrując Banhi. Nagle zobaczyłam jakiś ruch. Rozsunęła się zasłona drzwiowa z akrylowych korali. Pomiędzy cienkimi sznureczkami pojawiła się puszysta kobieta przyodziana w sari- tradycyjny kostium zakładany przez hinduski. Sama często nazywała go gujarati bądź marathi. Na jej ustach wykwitł przepiękny uśmiech. Byłam pewna, że mnie rozpoznała. Zdjęłam okulary i spojrzałam na nią zapłakanymi oczami.
- Co się stało, moje dziecko?- Banhi od razu pochwyciła mnie w ramiona.- Rozpoznałabym te piękne oczy nawet na końcu świata. Już po krokach czułam, że to ktoś znajomy. Jakże Ty wyrosłaś młoda damo. Wypiękniałaś- wymieniała dotykając mojej Twarzy. Głaskała mnie z niemałą troską.
- Tak dawno Cię nie widziałam. Bałam się, że mogę już nie spotkać tutaj mojej ulubionej cioci- wyznałam wzruszona jej ciepłym powitaniem.
- Dlaczego mnie nie odwiedzałaś?- zganiła mnie pstryczkiem w ucho.- Och! Tak bardzo brakowało mi tej małej wścibskiej dziewczynki- znów mnie przytuliła, a w jej oczach pojawiły się łzy szczęścia.
Stałyśmy w ciasnym uścisku przez dobre kilka minut. Natura starszych hindusek miała to do siebie, że każde dziecko kochały jak swoje własne, szczególnie jeśli owych nie miały. Czarnowłosa kobieta bardzo cieszyła się z moich odwiedzin. Miałam wyrzuty sumienia, że tak długo jej nie odwiedzałam.
- Opowiadaj co u Ciebie? Dlaczego masz takie zapłakane oczy? Myślisz, że stara ciotka Ci na to pozwoli?- potargała moje włosy.
Wtedy opowiedziałam jej o wszystkim co się stało. O wyjeździe mamy, o nieobecności taty, o mieszkaniu z Libby, o wybrykach Toma. Banhi siedziała skupiając swój wzrok na mnie. Uważnie słuchała mojej paplaniny i od czasu do czasu przytakiwała głową. Nie odzywała się, pozwolił mi wyrzucić z siebie wszystko co narastało od kilku miesięcy. Gdy skończyłam opowiadać, ciotka złapała mnie za rękę i spytała czy mi lepiej. Uśmiechnęłam się z wyraźną ulgą.
- Moje dziecko- zaczęła.- Musisz teraz poważnie zastanowić się co dalej. Skoro mama prosiła Cię o skontaktowanie się z panem Wasilijem Lebiediew może warto byłoby dowiedzieć się o co chodzi. Muszę przyznać, że niepokoi mnie brak znaków życia od twojej mamy. Próbowałaś do niej dzwonić?
-Nie raz. Zawsze włącza się automatyczna sekretarka.
-Dziwne. Kate zawsze wydawała mi się bardzo opiekuńczą matką. Musiała mieć naprawdę poważny powód żeby Cię zostawić. Żyjesz teraz na własną rękę, poza tym nielegalnie. Musisz uważać, żeby nikt niepowołany nie dowiedział się o tym całym zdarzeniu. Zostało Ci kilka miesięcy do osiemnastki, ale w świetle prawa powinnaś mieszkać z prawnymi opiekunami.
- Masz rację, wcześniej jakoś się tym nie przejmowałam. Myślę jednak, że nikt kto o tym wie nie byłby na tyle podły. Chociaż...- zastanowiłam się.- Tom wie.
- Powinnaś z nim porozmawiać. Skoro jest Twoim nauczycielem ma obowiązek zgłosić taką okoliczność. Szczególnie teraz, gdy sytuacja wymknęła się spod kontroli może wykorzystać to przeciwko Tobie. Wytłumaczy się, że zauważył coś niepokojącego w Twoim zachowaniu, chciał Ci pomóc i w ten sposób dowiedział się o twoich problemach. Powinnaś na niego uważać- poleciła.
-Myślisz, że byłby zdolny do zrobienia mi takiego świństwa?- zapytałam mocno przybita tą myślą.
-Nie wiem, kochanie. Jeżeli był w stanie nie powiedzieć Ci o swoim zawodzie to nie możesz być pewna co do tego człowieka. Nie jestem w stanie tego przewidzieć, ponieważ w różnych sytuacjach ludzie różnie się zachowują. Jednak wiem, że druga szansa rzadko zostaje dobrze spożytkowana.
- A co sądzisz o Jenaro?- W tym momencie przypomniało mi się, że nie powiedziałam Banhi o sprawie z narkotykami. Wolałam tego jednak nie robić. Ten problem był sprawą drażliwą i lepiej gdy pozostawał w mojej garderobie bez świadków.
- Wydaje się być miłym człowiekiem, może nawet przyjacielem. Niepokoi mnie tylko środowisko, w którym się obraca. Jesteś już dużą dziewczynką i wiesz co dla Ciebie jest dobre, mimo to uważaj na jego znajomych.
-Myślisz, że mogę mu zaufać?
-W tych mniej ważnych sprawach na pewno, co do reszty słowa nie daję. Musiałabyś mi go tutaj przyprowadzić. Wtedy byłabym w stanie odpowiedzieć na to pytanie- pokiwała głową zgadzając się sama ze sobą.
-Postaram się- uśmiechnęłam się łagodnie.
-Jest już późno, moje dziecko. Powinnaś wracać do domu- ponagliła mnie Banhi.
-Racja. Dziękuję za radę. Będę wpadać częściej niż co 8 lat- ucałowałam ciotkę na pożegnanie.
Wyszłam w znacznie lepszym humorze. Nie byłam może wesoła, ale zaczynałam racjonalniej patrzeć na całą sytuację. W głębi serca czułam, że powinnam porozmawiać z Tomem o tym wszystkim co się stało. Miałam nadzieję, że on też chciał to wyjaśnić. W ciemnych zakamarkach mojego umysłu dostrzegałam minimalne znaki, iż może jednak trochę mi na nim zależy. Szybko rozwiałam tą myśl, przypominając sobie jego niewybaczalny czyn.
Szłam w stronę miasta, drogą powrotną do mojego domu, jednak w ostatniej chwili skręciłam na prawo. To nie była pora na spanie. Nie miałam ochoty wracać, nadal nie chciałam rozmawiać ze swoimi znajomi. Nie interesowało mnie czy poszli na wieczorną imprezę, czy zapoznali się z Mishą. W ogóle o tym nie myślałam. Całą moją uwagę pochłonęło rozmyślanie nad kolejnymi krokami, które powinnam podjąć. Teraz poważnie rozważałam wyjazd do Baltimore, nawet przed zakończeniem tego roku. Nie chciałam jednak oblać i powtarzać klasy, więc zdecydowałam się na wyjazd od razu po zakończeniu. Nie ważne czy miałam pojechać sama, samochodem czy pociągiem. Wiedziałam tylko, że pojadę i nic tego nie zmieni.
Idąc ciemnymi uliczkami Phoenix przypomniałam sobie moją ostatnia rozmowę z Tomem w ogródku Libby. Teraz wydało mi się to oczywiste. Wiedział gdzie mieszka moja najlepsza przyjaciółka z danych uczniów. Chciał mi wtedy powiedzieć coś ważnego. Przestrzegł mnie przed podejmowaniem pochopnych decyzji. Ciekawe, czy właśnie o tym chciał mnie poinformować. Intrygowało mnie jak długo chciał to przede mną ukrywać. W gruncie rzeczy nie łączyło nas nic wielkiego. Spędziliśmy razem trochę czasu. Poopowiadałam mu o swoich problemach, zaufałam jak głupia. Nigdy więcej- pomyślałam. Znów miała ochotę cofnąć czas i wydusić z niego wszystko od razu po incydencie w łazience. Teraz wiedziałam skąd się tam wziął. Tylko jakim cudem przez tyle miesięcy ani razu nie widziałam go w szkole? Ukrywał się przede mną? Może po prostu miał lekcje w innym skrzydle, przecież to ogromna szkoła.
Stawiałam krok za krokiem, nie patrząc przed siebie. Nie zwracałam uwagi dokąd poniosą mnie nogi. Chciałam znaleźć się jak najdalej od tego zasranego bałaganu. Zbliżała się północ, a ja nadal krążyłam po niezbadanych zakamarkach niezbyt dobrze znanego mi miasta. Nie byłam pewna czy znam drogę powrotną, ale nie przejmowałam się tym. W pewnym momencie otaczającą mnie ciszę przerwało skomlenie psa. Jęczał on tak niemiłosiernie, że postanowiłam na własną rękę sprawdzić co się z nim dzieje. Zwierzę wydawało z siebie odgłosy strasznego cierpienia i bólu, nie mogłam tego znieść. Ku moje zdziwieniu dźwięki dochodziły z pobliskich krzaków. Wśród roślin, kujących kaktusów i drapiących gałęzi leżał niewielki biszkoptowy psiak. Na pierwszy rzut oka stwierdziłam, że to jeszcze szczeniak. Był mocno poturbowany i strasznie krwawił. Nie mogłam go tu zostawić. Ktoś poważnie go skrzywdził i zostawił w krzakach na pewną śmierć.
Mimo głośnych jęków w ramach protestu, podniosłam go i owinęłam swoją skórzaną kurtką. Może nie był to najlepszy pomysł, ale jedyny sposób w jaki mogłam pomóc temu szczeniakowi. Czas był na wagę złota. Czułam jak jego młode ciałko stygnie. Przestał się wyrywać, każdy ruch sprawiał mu ogromny ból.
Nie pozwolę Ci tak umrzeć-powiedziałam w myślach przekonując samą siebie. Wyjęłam z torebki telefon i szybko go włączyłam. Teraz żałowałam chęci odcięcia się od świata. Na szczęście zadziałał bardzo szybko, pozwalając mi natychmiastowo wezwać taxi. Podałam adres przeczytany na tabliczce oraz poprosiłam o bardzo szybki przyjazd. Miałam szczęście, że o tej godzinie niewiele osób przemieszczało się samochodami. W zaledwie siedem minut taksówkarz odnalazł mnie i cierpiącego szczeniaka. Kazałam mu jechać do najbliższego weterynarza. Sama nie znałam okolicy, więc zdałam się na kierowcę. Dopiero w połowie drogi uświadomiłam sobie, że nie mam portfela i nie będę miała jak zapłacić. Postanowiłam to jednak wyjawić po przyjeździe do lecznicy.
Podróż trwała zaledwie kilka minut. Taksówkarz widząc stan zwierzęcia kazał mi szybko biec i nie martwić się aktualnie zapłatą. Poprosiłam go aby przyjechał jak znów zadzwonię po transport. Wtedy mogłabym się z nim rozliczyć. Na szczęście mężczyzna nie widział problemu. Dłużej się nie zastanawiając pobiegłam w stronę drzwi z psem na rękach. Już prawi nie czułam jego oddechu. Łzy ciekły mi po policzkach, gdy oddawałam go weterynarzom. Siedziałam w poczekalni, zapominając o wszystkich wcześniejszych problemach. Teraz liczyło się życie tej małej istoty.
W pewnym momencie młody chłopak poprosił mnie do siebie. Musiałam wypełnić plik dokumentów zgadzając się na opiekę, operację i wszystkie czynności związane z leczeniem psa. Nie wiedziałam jaki podać adres bo przecież to nie był mój zwierzak. Nie znałam jego imienia, wieku, nie wiedziałam czy był w ogóle szczepiony. Mężczyzna patrzył na mnie zniecierpliwiony, jednak nic nie mówił. Wyglądał na trochę młodszego ode mnie. Zaskakującym elementem jego wyglądu była także niesamowicie jasna karnacja, można by powiedzieć wręcz porcelanowa. Włosy miał w odcieniu ciemnego blondu. Każde oko w innym kolorze. Lewe szaroniebieskie, prawe intensywnie zielone. Przyglądał mi się z lekkim zaciekawieniem ale i zdenerwowaniem. Starałam się jak najszybciej oddać mu wszystkie papiery. Miałam też kilka pytań, ale nie wyglądał na osobę skorą do pomocy.
- Przepraszam, że tak długo to trwa, ale to nie jest mój pies. Znalazłam go na ulicy w opłakanym stanie i...- przerwał mi gestem podniesionej dłoni. Nieznacznie się uśmiechnął i zabrał ode mnie dokumenty. Nie obdarzył mnie jednak nawet najkrótszym słowem. Nie pozostało mi nic innego, jak wrócić do poczekalni.
W lecznicy zrobiła się mała kolejka. Pewna kobieta usiadła koło mnie i po prostu przytuliła. Ten gest był ogromnym pocieszeniem. Otrzymałam wsparcie od zupełnie obcej osoby. W między czasie słyszałam wibrowanie swojej komórki. Ludzie zawzięci próbowali się do mnie dodzwonić. To jednak zupełnie mnie nie interesowało. Oparłam ręce na kolanach i schowałam w nich głowę. Czekałam, aż ktoś wyjdzie z zabiegowego. Operacja trwała kilka dobrych godzin. Dochodziła 4 nad ranem. Świtało. Za cztery godziny zaczynałam lekcje, a siedziałam w lecznicy weterynaryjnej. Nigdy nie miałam żadnego zwierzaka i zupełnie nie wiedziałam co zrobię gdy mi go oddadzą, jeśli oddadzą.
Około godziny 5:30. dostrzegłam jakiś ruch ze strony gabinetu. Podniosłam ospale głowę i przetarłam oczy. Rozprostowałam ramiona, podniosłam się równie powoli, po czym podeszłam do mężczyzny w podeszłym wieku. Byłam niezmiernie zmęczona. Zasypiałam na siedząco, stojąco, nic mi nie przeszkadzało. Od siwiejącego pana dowiedziałam się, że mój nowy towarzysz życia był w naprawdę opłakanym stanie i każda minuta się dla niego liczyła. Obecnie jego stan był stabilny, ale nie wybudzali go.
- Jest jeszcze jedna sprawa, która mnie interesuje- zaczął weterynarz. Pokiwałam głową dając mu znak, że może kontynuować.- Mianowicie w dokumentach nie podała Pani żadnych danych.
- To fakt. Chodzi o to, że znalazłam tego psa na ulicy i nic o nim nie wiem.
- Czy po całym leczeniu zabierze go Pani ze sobą, czy chce abyśmy skontaktowali się z pobliskim schroniskiem?- zapytał poważnie. Jego podeszły wiek wywierał na mnie pewną presję.
- Ja nie wiem..-zająknęłam się.- Chyba się nim zaopiekuję- wyznałam niepewna swojej decyzji.
- Wspaniale. Tak więc czy zgadza się Pani, aby pies został w naszej klinice na obserwacji oraz w ramach rekonwalescencji? Uprzedzam, że to jednak kosztuje.
- Tak, jak najbardziej się zgadzam- odpowiedziałam już z większym przekonaniem.
- W takim razie, bardzo dziękujemy, że zdecydowała się Pani pomoc temu biednemu zwierzęciu. Zostawiła nam pani numer kontaktowy, więc gdy wszystko wróci do normy zadzwonimy i będzie można zabrać pieska- uśmiechnął się.
- Dziękuję- odpowiedziałam, po czym szybko opuściłam budynek.
Zadzwoniłam po taksówkę bo nawet nie wiedziałam gdzie jestem. Mój telefon wykazywał niski poziom baterii, więc udało mi się wykonać jedno, krótkie połączenie, a potem wyłączył się na amen. Na szczęście nie czekałam długo. Podjechał po mnie ten sam kierowca co wcześniej, tak jak go prosiłam. Podałam mu adres zamieszkania i uprzedziłam, że zapłacę jak będę miała portfel znajdujący się w domu. Trafiłam na wyrozumiałego człowieka, który nie stwarzał problemów. Całą drogę przysypiałam na tylnym siedzeniu. Starała się jeszcze jakoś trzymać co nie było łatwe.
Będąc na miejscu niezwłocznie odnalazłam portfel i zapłaciłam za dwa kursy. Poprosiłam też o adres lecznicy i podziękowałam najserdeczniej jak umiałam. Pierwsze co zrobiłam wchodząc do domu to oczywiście zaryglowanie drzwi. Potem poszłam wziąć wymarzony, gorący prysznic. Ostatnim przystankiem było moje łóżko. Wiedziałam, że za mniej więcej godzinę musiałam wstać do szkoły, ale nie przeżyłabym bez chociażby odrobiny snu. Nastawiłam sobie budzik, chociaż w głębi duszy nie wierzyłam, że wstanę. Mogłam nawet nie iść dzisiaj do szkoły. Nie musiałabym tłumaczyć się z wczorajszej akcji, rozmawiać z dyrektorką, niepokoić Nathana. Jedyną osobą, która mniej więcej powinna wiedzieć co się dzieje była Libby. Miałam co do tego pewne wątpliwości bo sprawa była dość delikatna. Musiałam to jeszcze rozważyć, ale teraz najważniejszy był sen.
Byłam pewna, że prędzej czy później Libby zacznie mnie szukać. Nie dodzwoni się na telefon, ponieważ go wyłączyłam. Jej następnym przystankiem będzie mój dom, to jasne. Dlatego też musiałam się szybko oporządzić i wyjść. Nie miałam pojęcia gdzie pójdę oraz co ze sobą zrobię. Wiedziałam tylko, że nawet tu nie dostanę upragnionego spokoju.
Myśli kołowały mi się w głowie. Mnóstwo pytań, wątpliwości. W pewnym momencie odczuwałam nawet strach. Gdyby dyrektorka dowiedziała się o całym zdarzeniu na sto procent wyleciałabym ze szkoły, a Tom miałby problemy z prawem. W pierwszej chwili pomyślałam, że zasłużył na to. Później dotarło do mnie, iż nie powinnam mu tego życzyć. Jeszcze nie znałam powodu, dla którego tak właśnie postąpił. Jednak nie zmieniało to ogromnej złości jaką go teraz darzyłam. Dochodziła godzina szesnasta. Nie zamierzałam szybko wracać, więc zarzuciłam przez ramię czarną skórzaną kurtkę. Zmieniłam szpilki na wygodne mokasyny i przebrałam się w długie czarne spodnie oraz kremową bokserkę. Włosy związałam w koński ogon. Dodałam jeszcze okulary przeciwsłoneczne, w końcu nikt nie musiał oglądać moich czerwonych, podkrążonych od płaczu oczu.
Zabrałam ze sobą niewielką torebkę na dokumenty, klucze i telefon, który i tak był wyłączony. Wyszłam dość szybko, zamykając wszystko dokładnie. Ruszyłam w stronę miasta, a potem zamierzałam odbić w rzadko odwiedzane dzielnice hinduskich sklepów i restauracji. Od małego miałam bzika na punkcie Indii. Przebierałam się w długie haftowane złotem suknie, szale oraz nosiłam mnóstwo biżuterii, tej najmocniej świecącej. Tata przywoził mi najbardziej wymyślne chusty i naszyjniki. Kiedyś dostałam od niego kolię z małych diamencików. Była moim oczkiem w głowie. Wtedy jeszcze moja rodzina mieszkała razem, mieliśmy ze sobą świetny kontakt, chodziliśmy na wspólne spacery, do parków rozrywki. Tata zawsze trzymał mamę za rękę lub pod ramię. Wspomnienia z dzieciństwa miałam bardzo bogate i niezwykle piękne. Były o wiele przyjemniejsze niż moje nastoletnie życie. Nigdy nie przypuszczałam, że moi rodzice stracą tak ogromne uczucie, które trzymało ich wiecznie przy sobie. Marzyłam o małżeństwie na kształt ich własnego, o mężu kochającym jak mój tata.
Westchnęłam przypominając sobie błogie chwile z tak dawnych, ale jakże szczęśliwych czasów. Potem wszystko się skomplikowało. Problemy finansowe zmusiły ojca do zmienienia pracy. W sumie firma, która go zatrudniała i tak była na wykończeniu. Prędzej czy później byłby zmuszony do podjęcia tych radykalnych kroków. Z początku bardzo cieszył mnie przypływ gotówki. Mama mogła pozwolić sobie na nowe ubrania, ja dostawałam ładniejsze zabawki, odremontowaliśmy dawno nieruszane mieszkanie. Wszystko układało się jak z bajki do czasu gdy tata awansował. Pracę postawił na pierwszym miejscu. Rodzina stała się dla niego zwykłym dodatkiem, czasem też uciążliwym. Wiecznie spokojna i rozważna Kate potrzebowała swojego męża. Mała, tęskniąca Car liczyła na miłość ojca. Jego częste podróże powodowały niezliczoną ilość kłótni. Ojciec często wychodził na noc i wracał w południe. Nie lubił wyrzutów i skarg pod swoim adresem. Cały czas utrzymywał w sobie przekonanie, że robi to dla naszego dobra. Żebyśmy mogły godnie żyć, dobrze jeść, mieć w co się ubrać. Szkoda tylko, że nie zauważył jak bardzo nas to poróżniło. Jak stracił ze mną przyjacielski kontakt.
Spod okularów wyłoniło się kilka samotnych łez. Chciałam cofnąć czas. Móc zatrzymać tatę przy sobie. Nie pozwolić mu na tak ciągłe wyjazdy. Przez to wszystko mama zdecydowała się przeprowadzić. Ojciec dostał propozycję pracy w Europie. Nie powiedział w jakim konkretnie kraju, ani na jaki czas. Słyszałam coś o trzech do czterech lat. Wtedy dopiero zaczęło się piekło. Grożenie rozwodem, przeprowadzkami, nawet jakimiś ucieczkami. Tata nie chciał nawet o tym rozmawiać. Powiedział, że nie zgodzi się na żaden rozwód, a jeśli chcemy mieć pieniądze to żona powinna siedzieć cicho. Wtedy poczułam do niego prawdziwą odrazę. Bardziej zależało mi na kochającym i wspierającym mnie ojcu niż na jego pieniądzach.
Usiadłam zrezygnowana na ławce. Byłam już niedaleko hinduskiej dzielnicy. Między drzewami mogłam dostrzec logo sklepu "IndianArt". Często odwiedzałam go w poszukiwaniu inspiracji. Przemiła sprzedawczyni była dla mnie jak ciotka. Nigdy nie poznałam jej prawdziwej tożsamości, o której nikomu nic nie wspominała. Przedstawiała się jako Banhi i opowiadała mi historie przewrotnego życia w Indiach. Postawna kobieta jednak nie wyglądała na hinduskę z krwi i kości. Miała w sobie coś z azjatyckiej urody dalszego wschodu, jednak nigdy o to nie pytałam. Przybranej ciotki o kruczoczarnych włosach nie widziałam kilka dobrych lat, więc postanowiłam ją odwiedzić. Wstałam z ławki i ruszyłam w stronę zapomnianego sklepu.
Otworzyłam drzwi, po czym weszłam nieśmiałym krokiem. Nigdzie nie widziałam mojej starej powierniczki. Miałam nadzieję, że nie przeniosła się, ani nie wyjechała. W tych chwilach tylko ona mogła w pewnym stopniu zrekompensować mi brak mamy. Rozglądałam się po pomieszczeniu, kątem oka wypatrując Banhi. Nagle zobaczyłam jakiś ruch. Rozsunęła się zasłona drzwiowa z akrylowych korali. Pomiędzy cienkimi sznureczkami pojawiła się puszysta kobieta przyodziana w sari- tradycyjny kostium zakładany przez hinduski. Sama często nazywała go gujarati bądź marathi. Na jej ustach wykwitł przepiękny uśmiech. Byłam pewna, że mnie rozpoznała. Zdjęłam okulary i spojrzałam na nią zapłakanymi oczami.
- Co się stało, moje dziecko?- Banhi od razu pochwyciła mnie w ramiona.- Rozpoznałabym te piękne oczy nawet na końcu świata. Już po krokach czułam, że to ktoś znajomy. Jakże Ty wyrosłaś młoda damo. Wypiękniałaś- wymieniała dotykając mojej Twarzy. Głaskała mnie z niemałą troską.
- Tak dawno Cię nie widziałam. Bałam się, że mogę już nie spotkać tutaj mojej ulubionej cioci- wyznałam wzruszona jej ciepłym powitaniem.
- Dlaczego mnie nie odwiedzałaś?- zganiła mnie pstryczkiem w ucho.- Och! Tak bardzo brakowało mi tej małej wścibskiej dziewczynki- znów mnie przytuliła, a w jej oczach pojawiły się łzy szczęścia.
Stałyśmy w ciasnym uścisku przez dobre kilka minut. Natura starszych hindusek miała to do siebie, że każde dziecko kochały jak swoje własne, szczególnie jeśli owych nie miały. Czarnowłosa kobieta bardzo cieszyła się z moich odwiedzin. Miałam wyrzuty sumienia, że tak długo jej nie odwiedzałam.
- Opowiadaj co u Ciebie? Dlaczego masz takie zapłakane oczy? Myślisz, że stara ciotka Ci na to pozwoli?- potargała moje włosy.
Wtedy opowiedziałam jej o wszystkim co się stało. O wyjeździe mamy, o nieobecności taty, o mieszkaniu z Libby, o wybrykach Toma. Banhi siedziała skupiając swój wzrok na mnie. Uważnie słuchała mojej paplaniny i od czasu do czasu przytakiwała głową. Nie odzywała się, pozwolił mi wyrzucić z siebie wszystko co narastało od kilku miesięcy. Gdy skończyłam opowiadać, ciotka złapała mnie za rękę i spytała czy mi lepiej. Uśmiechnęłam się z wyraźną ulgą.
- Moje dziecko- zaczęła.- Musisz teraz poważnie zastanowić się co dalej. Skoro mama prosiła Cię o skontaktowanie się z panem Wasilijem Lebiediew może warto byłoby dowiedzieć się o co chodzi. Muszę przyznać, że niepokoi mnie brak znaków życia od twojej mamy. Próbowałaś do niej dzwonić?
-Nie raz. Zawsze włącza się automatyczna sekretarka.
-Dziwne. Kate zawsze wydawała mi się bardzo opiekuńczą matką. Musiała mieć naprawdę poważny powód żeby Cię zostawić. Żyjesz teraz na własną rękę, poza tym nielegalnie. Musisz uważać, żeby nikt niepowołany nie dowiedział się o tym całym zdarzeniu. Zostało Ci kilka miesięcy do osiemnastki, ale w świetle prawa powinnaś mieszkać z prawnymi opiekunami.
- Masz rację, wcześniej jakoś się tym nie przejmowałam. Myślę jednak, że nikt kto o tym wie nie byłby na tyle podły. Chociaż...- zastanowiłam się.- Tom wie.
- Powinnaś z nim porozmawiać. Skoro jest Twoim nauczycielem ma obowiązek zgłosić taką okoliczność. Szczególnie teraz, gdy sytuacja wymknęła się spod kontroli może wykorzystać to przeciwko Tobie. Wytłumaczy się, że zauważył coś niepokojącego w Twoim zachowaniu, chciał Ci pomóc i w ten sposób dowiedział się o twoich problemach. Powinnaś na niego uważać- poleciła.
-Myślisz, że byłby zdolny do zrobienia mi takiego świństwa?- zapytałam mocno przybita tą myślą.
-Nie wiem, kochanie. Jeżeli był w stanie nie powiedzieć Ci o swoim zawodzie to nie możesz być pewna co do tego człowieka. Nie jestem w stanie tego przewidzieć, ponieważ w różnych sytuacjach ludzie różnie się zachowują. Jednak wiem, że druga szansa rzadko zostaje dobrze spożytkowana.
- A co sądzisz o Jenaro?- W tym momencie przypomniało mi się, że nie powiedziałam Banhi o sprawie z narkotykami. Wolałam tego jednak nie robić. Ten problem był sprawą drażliwą i lepiej gdy pozostawał w mojej garderobie bez świadków.
- Wydaje się być miłym człowiekiem, może nawet przyjacielem. Niepokoi mnie tylko środowisko, w którym się obraca. Jesteś już dużą dziewczynką i wiesz co dla Ciebie jest dobre, mimo to uważaj na jego znajomych.
-Myślisz, że mogę mu zaufać?
-W tych mniej ważnych sprawach na pewno, co do reszty słowa nie daję. Musiałabyś mi go tutaj przyprowadzić. Wtedy byłabym w stanie odpowiedzieć na to pytanie- pokiwała głową zgadzając się sama ze sobą.
-Postaram się- uśmiechnęłam się łagodnie.
-Jest już późno, moje dziecko. Powinnaś wracać do domu- ponagliła mnie Banhi.
-Racja. Dziękuję za radę. Będę wpadać częściej niż co 8 lat- ucałowałam ciotkę na pożegnanie.
Wyszłam w znacznie lepszym humorze. Nie byłam może wesoła, ale zaczynałam racjonalniej patrzeć na całą sytuację. W głębi serca czułam, że powinnam porozmawiać z Tomem o tym wszystkim co się stało. Miałam nadzieję, że on też chciał to wyjaśnić. W ciemnych zakamarkach mojego umysłu dostrzegałam minimalne znaki, iż może jednak trochę mi na nim zależy. Szybko rozwiałam tą myśl, przypominając sobie jego niewybaczalny czyn.
Szłam w stronę miasta, drogą powrotną do mojego domu, jednak w ostatniej chwili skręciłam na prawo. To nie była pora na spanie. Nie miałam ochoty wracać, nadal nie chciałam rozmawiać ze swoimi znajomi. Nie interesowało mnie czy poszli na wieczorną imprezę, czy zapoznali się z Mishą. W ogóle o tym nie myślałam. Całą moją uwagę pochłonęło rozmyślanie nad kolejnymi krokami, które powinnam podjąć. Teraz poważnie rozważałam wyjazd do Baltimore, nawet przed zakończeniem tego roku. Nie chciałam jednak oblać i powtarzać klasy, więc zdecydowałam się na wyjazd od razu po zakończeniu. Nie ważne czy miałam pojechać sama, samochodem czy pociągiem. Wiedziałam tylko, że pojadę i nic tego nie zmieni.
Idąc ciemnymi uliczkami Phoenix przypomniałam sobie moją ostatnia rozmowę z Tomem w ogródku Libby. Teraz wydało mi się to oczywiste. Wiedział gdzie mieszka moja najlepsza przyjaciółka z danych uczniów. Chciał mi wtedy powiedzieć coś ważnego. Przestrzegł mnie przed podejmowaniem pochopnych decyzji. Ciekawe, czy właśnie o tym chciał mnie poinformować. Intrygowało mnie jak długo chciał to przede mną ukrywać. W gruncie rzeczy nie łączyło nas nic wielkiego. Spędziliśmy razem trochę czasu. Poopowiadałam mu o swoich problemach, zaufałam jak głupia. Nigdy więcej- pomyślałam. Znów miała ochotę cofnąć czas i wydusić z niego wszystko od razu po incydencie w łazience. Teraz wiedziałam skąd się tam wziął. Tylko jakim cudem przez tyle miesięcy ani razu nie widziałam go w szkole? Ukrywał się przede mną? Może po prostu miał lekcje w innym skrzydle, przecież to ogromna szkoła.
Stawiałam krok za krokiem, nie patrząc przed siebie. Nie zwracałam uwagi dokąd poniosą mnie nogi. Chciałam znaleźć się jak najdalej od tego zasranego bałaganu. Zbliżała się północ, a ja nadal krążyłam po niezbadanych zakamarkach niezbyt dobrze znanego mi miasta. Nie byłam pewna czy znam drogę powrotną, ale nie przejmowałam się tym. W pewnym momencie otaczającą mnie ciszę przerwało skomlenie psa. Jęczał on tak niemiłosiernie, że postanowiłam na własną rękę sprawdzić co się z nim dzieje. Zwierzę wydawało z siebie odgłosy strasznego cierpienia i bólu, nie mogłam tego znieść. Ku moje zdziwieniu dźwięki dochodziły z pobliskich krzaków. Wśród roślin, kujących kaktusów i drapiących gałęzi leżał niewielki biszkoptowy psiak. Na pierwszy rzut oka stwierdziłam, że to jeszcze szczeniak. Był mocno poturbowany i strasznie krwawił. Nie mogłam go tu zostawić. Ktoś poważnie go skrzywdził i zostawił w krzakach na pewną śmierć.
Mimo głośnych jęków w ramach protestu, podniosłam go i owinęłam swoją skórzaną kurtką. Może nie był to najlepszy pomysł, ale jedyny sposób w jaki mogłam pomóc temu szczeniakowi. Czas był na wagę złota. Czułam jak jego młode ciałko stygnie. Przestał się wyrywać, każdy ruch sprawiał mu ogromny ból.
Nie pozwolę Ci tak umrzeć-powiedziałam w myślach przekonując samą siebie. Wyjęłam z torebki telefon i szybko go włączyłam. Teraz żałowałam chęci odcięcia się od świata. Na szczęście zadziałał bardzo szybko, pozwalając mi natychmiastowo wezwać taxi. Podałam adres przeczytany na tabliczce oraz poprosiłam o bardzo szybki przyjazd. Miałam szczęście, że o tej godzinie niewiele osób przemieszczało się samochodami. W zaledwie siedem minut taksówkarz odnalazł mnie i cierpiącego szczeniaka. Kazałam mu jechać do najbliższego weterynarza. Sama nie znałam okolicy, więc zdałam się na kierowcę. Dopiero w połowie drogi uświadomiłam sobie, że nie mam portfela i nie będę miała jak zapłacić. Postanowiłam to jednak wyjawić po przyjeździe do lecznicy.
Podróż trwała zaledwie kilka minut. Taksówkarz widząc stan zwierzęcia kazał mi szybko biec i nie martwić się aktualnie zapłatą. Poprosiłam go aby przyjechał jak znów zadzwonię po transport. Wtedy mogłabym się z nim rozliczyć. Na szczęście mężczyzna nie widział problemu. Dłużej się nie zastanawiając pobiegłam w stronę drzwi z psem na rękach. Już prawi nie czułam jego oddechu. Łzy ciekły mi po policzkach, gdy oddawałam go weterynarzom. Siedziałam w poczekalni, zapominając o wszystkich wcześniejszych problemach. Teraz liczyło się życie tej małej istoty.
W pewnym momencie młody chłopak poprosił mnie do siebie. Musiałam wypełnić plik dokumentów zgadzając się na opiekę, operację i wszystkie czynności związane z leczeniem psa. Nie wiedziałam jaki podać adres bo przecież to nie był mój zwierzak. Nie znałam jego imienia, wieku, nie wiedziałam czy był w ogóle szczepiony. Mężczyzna patrzył na mnie zniecierpliwiony, jednak nic nie mówił. Wyglądał na trochę młodszego ode mnie. Zaskakującym elementem jego wyglądu była także niesamowicie jasna karnacja, można by powiedzieć wręcz porcelanowa. Włosy miał w odcieniu ciemnego blondu. Każde oko w innym kolorze. Lewe szaroniebieskie, prawe intensywnie zielone. Przyglądał mi się z lekkim zaciekawieniem ale i zdenerwowaniem. Starałam się jak najszybciej oddać mu wszystkie papiery. Miałam też kilka pytań, ale nie wyglądał na osobę skorą do pomocy.
- Przepraszam, że tak długo to trwa, ale to nie jest mój pies. Znalazłam go na ulicy w opłakanym stanie i...- przerwał mi gestem podniesionej dłoni. Nieznacznie się uśmiechnął i zabrał ode mnie dokumenty. Nie obdarzył mnie jednak nawet najkrótszym słowem. Nie pozostało mi nic innego, jak wrócić do poczekalni.
W lecznicy zrobiła się mała kolejka. Pewna kobieta usiadła koło mnie i po prostu przytuliła. Ten gest był ogromnym pocieszeniem. Otrzymałam wsparcie od zupełnie obcej osoby. W między czasie słyszałam wibrowanie swojej komórki. Ludzie zawzięci próbowali się do mnie dodzwonić. To jednak zupełnie mnie nie interesowało. Oparłam ręce na kolanach i schowałam w nich głowę. Czekałam, aż ktoś wyjdzie z zabiegowego. Operacja trwała kilka dobrych godzin. Dochodziła 4 nad ranem. Świtało. Za cztery godziny zaczynałam lekcje, a siedziałam w lecznicy weterynaryjnej. Nigdy nie miałam żadnego zwierzaka i zupełnie nie wiedziałam co zrobię gdy mi go oddadzą, jeśli oddadzą.
Około godziny 5:30. dostrzegłam jakiś ruch ze strony gabinetu. Podniosłam ospale głowę i przetarłam oczy. Rozprostowałam ramiona, podniosłam się równie powoli, po czym podeszłam do mężczyzny w podeszłym wieku. Byłam niezmiernie zmęczona. Zasypiałam na siedząco, stojąco, nic mi nie przeszkadzało. Od siwiejącego pana dowiedziałam się, że mój nowy towarzysz życia był w naprawdę opłakanym stanie i każda minuta się dla niego liczyła. Obecnie jego stan był stabilny, ale nie wybudzali go.
- Jest jeszcze jedna sprawa, która mnie interesuje- zaczął weterynarz. Pokiwałam głową dając mu znak, że może kontynuować.- Mianowicie w dokumentach nie podała Pani żadnych danych.
- To fakt. Chodzi o to, że znalazłam tego psa na ulicy i nic o nim nie wiem.
- Czy po całym leczeniu zabierze go Pani ze sobą, czy chce abyśmy skontaktowali się z pobliskim schroniskiem?- zapytał poważnie. Jego podeszły wiek wywierał na mnie pewną presję.
- Ja nie wiem..-zająknęłam się.- Chyba się nim zaopiekuję- wyznałam niepewna swojej decyzji.
- Wspaniale. Tak więc czy zgadza się Pani, aby pies został w naszej klinice na obserwacji oraz w ramach rekonwalescencji? Uprzedzam, że to jednak kosztuje.
- Tak, jak najbardziej się zgadzam- odpowiedziałam już z większym przekonaniem.
- W takim razie, bardzo dziękujemy, że zdecydowała się Pani pomoc temu biednemu zwierzęciu. Zostawiła nam pani numer kontaktowy, więc gdy wszystko wróci do normy zadzwonimy i będzie można zabrać pieska- uśmiechnął się.
- Dziękuję- odpowiedziałam, po czym szybko opuściłam budynek.
Zadzwoniłam po taksówkę bo nawet nie wiedziałam gdzie jestem. Mój telefon wykazywał niski poziom baterii, więc udało mi się wykonać jedno, krótkie połączenie, a potem wyłączył się na amen. Na szczęście nie czekałam długo. Podjechał po mnie ten sam kierowca co wcześniej, tak jak go prosiłam. Podałam mu adres zamieszkania i uprzedziłam, że zapłacę jak będę miała portfel znajdujący się w domu. Trafiłam na wyrozumiałego człowieka, który nie stwarzał problemów. Całą drogę przysypiałam na tylnym siedzeniu. Starała się jeszcze jakoś trzymać co nie było łatwe.
Będąc na miejscu niezwłocznie odnalazłam portfel i zapłaciłam za dwa kursy. Poprosiłam też o adres lecznicy i podziękowałam najserdeczniej jak umiałam. Pierwsze co zrobiłam wchodząc do domu to oczywiście zaryglowanie drzwi. Potem poszłam wziąć wymarzony, gorący prysznic. Ostatnim przystankiem było moje łóżko. Wiedziałam, że za mniej więcej godzinę musiałam wstać do szkoły, ale nie przeżyłabym bez chociażby odrobiny snu. Nastawiłam sobie budzik, chociaż w głębi duszy nie wierzyłam, że wstanę. Mogłam nawet nie iść dzisiaj do szkoły. Nie musiałabym tłumaczyć się z wczorajszej akcji, rozmawiać z dyrektorką, niepokoić Nathana. Jedyną osobą, która mniej więcej powinna wiedzieć co się dzieje była Libby. Miałam co do tego pewne wątpliwości bo sprawa była dość delikatna. Musiałam to jeszcze rozważyć, ale teraz najważniejszy był sen.
Tym razem troszkę przystopowałaś z akcją, ale to dobrze :) Jak słodko, że Car będzie miała pieska. Ciekawe jak się będzie nazywać. ( może Nutek?:p )Zainteresowała mnie postać tajemniczego przystojniaka z kliniki. Ciekawe co nowego wniesie do życia Car. Trochę jej współczuje, bo ostatnio wiele na nią spadło. Matki nie ma nigdzie w pobliżu, więc się jej nie dziwie, że poszła do starej przyjaciółki. Czekam na następny rozdział! <3 Twoja najwierniejsza psychofanka :)
OdpowiedzUsuńPS: Mam nadzieję, że nie pójdzie do szkoły
Tego potrzebowalismy. Takiego jednego spokojnego rozdziału. Pokazałaś, że Carolina naprawdę to przyżyła i nie wszystko po niej tak szybko spływa. Super, że będzie miała psa. Przyda się jej taki bezwarunkowy przyjaciel. Mam nadzieję, że porozmawiają z Tomem. W ogóle jestem ciekawa czy mu wybaczy to wszystko. Banhi jest jak prawdziwa hinduska <3
OdpowiedzUsuńTa historia rodziny była tak wzruszająca, że aż miałam łzy w oczach czytając to. Czekam na kolejny rozdział.!
Fantastyczne! Uwielbiam motyw z hinduską - mam nadzieję, że wniesie wiele dobrego jako pomocna dłoń dla Car. Także jestem pod wrażeniem obrotu sytuacji, gdzie bohaterka dostaje pieska. Czy zmieni on coś w jej życiu? Jakie będzie jego imię? Czyżby było związane z którymś z bohaterów, huh? :) Mam nadzieję, że dowiemy się tego w następnych rozdziałach, nie mogę się doczekać nowego! xxxx
OdpowiedzUsuńWspaniały rozdział! Jestem Twoją fanką od początku. Myślę, że zasługujesz na więcej niż tutaj Ci okazują. Twój blog jest często inspiracją dla mnie. Uwielbiam postać Toma i Caroline. To jest taka zakazana miłość i pożądanie. Nathan zdecydowanie wszystko psuje, ale wiem że wprowadziłaś go nie bez przyczyny. Byłoby zbyt nudno gdyby od razu Tom był z Car. Muszę przyznać, że nie spodziewałam się Toma jako nauczyciela. Jestem pełna podziwu dla tego pomysłu.
OdpowiedzUsuńNiezwłocznie czekam na kolejny rozdział i mam nadzieję, że dodasz go bardzo szybko. Jesteś naprawdę świetną pisarką i powinnaś iść w tym kierunku.
Bardzo fajne opowiadanie. Myślałem, że będzie nudne bo to żaden ff albo o nadnaturalnych, ale jest bardzo spoko. O wiele ciekawsze niż wiele opowiadań. Czekam na 14, weny! xyz
OdpowiedzUsuńNo i przeczytałam ten rodział! Przepraszam, że tak długo czasu minęło, ale jakoś nie mogłam sie zebrać. :< Motyw z Banhi, awwwww kojarzy mi się z taką kochaną staruszką <3 Bardzo mnie ciekawi, czy szczeniak wniesie coś do życia Caroline, oraz czy to że go "spotkała" było przypadkiem. :>
OdpowiedzUsuńCzekam na 14 rozdział i życzę weny!
xx
M.
Czekam już ponad dwa tygodnie i codziennie sprawdzam czy nie ma nowego rozdziału. Naprawdę nie mogę się już doczekać, więc proszę: DODAJ SZYBCIEJ 14! Można wiedzieć kiedy się pojawi? Żyję tak jakby w stresie :p
OdpowiedzUsuńPostaram się dodać już w ten weekend, ale nic nie obiecuję :< Bardzo się cieszę, że Ci się podoba. Naprawdę bardzo wiele to dla mnie znaczy!
Usuńjej, kocham Twoje opowiadanie, wiesz?
OdpowiedzUsuńzupełnie się nie spodziewałam, że Tom okaże się być nauczycielem ;o
niewiele tu do pisania...po prostu- świetnie piszesz i masz super pomysły. nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału i proszę Cię, informuj mnie o rozdziałach na tt, jeśli oczywiście możesz ;)
pozdrawiam, @all_bullshit_
<3